11 lat po katastrofalnym otwarciu granic w 2015 roku, była kanclerz Angela Merkel nadal nie okazuje żadnej skruchy. Wręcz przeciwnie: w niedawnym wywiadzie chwali swoją politykę migracyjną pod niebiosa i obwinia za niezaprzeczalne konsekwencje wszystkich – z wyjątkiem siebie. Zamiast tego, ponownie wzywa do walki z opozycją polityczną w postaci AfD.

Kiedy przedstawiono jej to wówczas niesławne hasło, Merkel ominęła je, uciekając się do semantycznych wykrętów: „Wir schaffen das – to jest proces” – oświadczyła, pisze Heinz Steiner .

Każdy, kto liczył na to, że Angela Merkel, zachowująca pewien dystans do aktywnej polityki, spojrzy krytycznie na swoje niezwykle kontrowersyjne wystąpienia solowe w 2015 roku, po raz kolejny się rozczaruje. W wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” (FAS) była kanclerz z niesłabnącą zaciekłością broniła sposobu, w jaki poradziła sobie z historycznym kryzysem migracyjnym – który, zdaniem autorki, sama wywołała. W konfrontacji z fatalnym hasłem tamtych czasów, Merkel unikała tematu, uciekając się do semantycznych wykrętów: „Wir schaffen das – to jest proces” – oświadczyła.

To, że ten „proces” kosztuje Niemcy miliardy, niesie ze sobą niezliczone problemy bezpieczeństwa i dzieli społeczeństwo, wydaje się nie mieć żadnego znaczenia w percepcji Merkel. Zamiast tego była kanclerz nadal klepie się po plecach: udało im się „zająć się ówczesną sytuacją humanitarną (…)”. Jej dzisiejszy nierealistyczny wniosek: „Osiągnęliśmy wiele, ale oczywiście nie w stu procentach”. Tylko po to, by potem bezsensownie stwierdzić: „Ale osiągnęliśmy bardzo, bardzo wiele, tak”.

Wina zawsze leży po stronie innych.

Ale nawet z jej politycznie (nie)spokojnej emerytury, rzeczywistość najwyraźniej nie daje się całkowicie zaprzeczyć. „To, że nadal mamy problemy z nielegalną migracją, nie podlega dyskusji” – musiała przyznać Merkel. Ale kto ponosi za to odpowiedzialność? Z pewnością nie ona sama. Była kanclerz woli po prostu zrzucić odpowiedzialność na Unię Europejską: „Zawsze zależało mi na tym, abyśmy podeszli do tej kwestii na szczeblu europejskim”. Dopiero ponieważ kryzys został „rozwiązany” na szczeblu krajowym, pojawiły się „poważne tarcia”.

Również w odniesieniu do kontrowersyjnego porozumienia między UE a Turcją, Merkel postrzega siebie przede wszystkim jako ofiarę krytyki. W końcu w ogóle nie chcieli przyjazdu setek tysięcy ludzi. „Jednak później również zostałam skrytykowana za to porozumienie: że zawarłam układ z Erdoğanem, brudny układ, jak niektórzy nawet twierdzili”.

Był kanclerz nie chce także wyrazić zgody, że jej niezachwiane otwarcie granic rozszerzo się na wzrost opozycji. Umożliwia to, że „częściowo problem w polityce migracyjnej postrzegane jako niozwiązane” wspierał wzrostowi AfD – główny wino przypisuje dawnemu oporowi w partycjach: „walka w Unii przeciwko mojej decyzji” nie podlega „u przestrzeganiu AfD na rozwiązanie”. Innymi słowy, każdy w CDU i CSU, kto krytykował kurs Merkel, jest według niej odpowiedzialny za sukces polityczny.

Desperacka walka z opozycją

Panika Merkel związana z utratą monopolu na kreowanie wizerunku staje się szczególnie widoczna w kontekście obecnej opinii publicznej w kraju. W wywiadzie krytykuje ona AfD, która odnosi obecnie znaczące sukcesy w sondażach i wyprzedziła już Unię jako najsilniejszą partię w kraju: „AfD reprezentuje poglądy, które nie odpowiadają mojemu rozumieniu Konstytucji”. Merkel oskarża partię o chęć dzielenia społeczeństwa na „prawdziwy naród”, tak jak go definiuje, oraz elitę polityczno-medialną. Jednak jej interpretacja Konstytucji wielokrotnie okazywała się w przeszłości mocno zniekształcona.

Była kanclerz niedawno osiągnęła najniższy poziom tolerancji demokratycznej na targach re:publica. Zapytana, co musi się stać w obliczu ewentualnego przyszłego stanowiska kanclerza AfD, zrzuciła maskę i ujawniła, jak mało jej zależy na demokratycznych zmianach, jeśli nie pójdą po jej myśli: „Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby temu zapobiec”. I niemal prowokacyjnym tonem zawołała do publiczności: „Każdy, kto nie chce – a ja do nich należę – aby AfD stała się silna, musi coś zrobić”.

Na próżno szukać zrozumienia, że to właśnie jej polityka doprowadziła kraj do tej sytuacji. Najwyraźniej szczerze wierzy, że przyjmowanie setek tysięcy nielegalnych imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu nie stanowiło problemu ani nie było pożądane przez naród niemiecki. Jednak ignorując przez lata wolę narodu i arogancję „partii-zapory”, AfD jest o krok od przejęcia odpowiedzialności za rządzenie krajami związkowymi na wschodzie Niemiec, a także stania się najsilniejszą siłą w Bundestagu na szczeblu federalnym.