Źródło zdjęcia: https://depositphotos.com/nl

Pytanie wydaje się absurdalne na pierwszy rzut oka. Czy można się przeziębić? Wszyscy wiedzą, że można. Rodzice ostrzegają swoje dzieci, aby ciepło się ubierały zimą. Pracownicy biurowi z podejrzliwością patrzą na pociągających nosem kolegów. Istnieją całe gałęzie przemysłu poświęcone zapobieganiu, leczeniu i powstrzymywaniu rozprzestrzeniania się chorób układu oddechowego. Doświadczenie wydaje się oczywiste: ktoś kicha obok ciebie, a kilka dni później sam szukasz chusteczek. Ale co się dzieje, gdy spojrzysz poza codzienne obserwacje i przyjrzysz się rzeczywistym dowodom naukowym: kontrolowanym eksperymentom, udokumentowanym próbom przeniesienia chorób z osób chorych na zdrowe w warunkach laboratoryjnych? To, co się wyłania, nie jest niepodważalnym dowodem zakażenia, jak zakłada większość ludzi. Zamiast tego znajdujesz wiek nieudanych eksperymentów, niewyjaśnionych sprzeczności i fundamentalnych badań, których grupy kontrolne dały takie same wyniki, jak same eksperymenty. Pytanie nie wydaje się już absurdalne, ale pilne.

Teoria zarazków – idea, że ​​określone mikroorganizmy powodują określone choroby i rozprzestrzeniają się między ludźmi – narodziła się w 1861 roku, kiedy Ludwik Pasteur ogłosił światu swoją teorię. Wbrew powszechnemu przekonaniu, nie był to moment triumfu nauki, przyjęty z zadowoleniem przez świat medycyny. Wielu najwybitniejszych lekarzy tamtych czasów stanowczo się jej sprzeciwiało, ostrzegając, że zawód ten porzuca wieki obserwacji klinicznych na rzecz nieudowodnionej hipotezy. Przez większość historii ludzkości lekarze przypisywali choroby epidemiczne czynnikom środowiskowym: zmianom atmosferycznym, toksynom, niedożywieniu, złej higienie. „Doktorzy pogody”, którzy dokumentowali korelacje między zjawiskami meteorologicznymi a wybuchami chorób, uważali, że zarażenie nie wystarczy, aby wyjaśnić, dlaczego choroby rozprzestrzeniają się jednocześnie na ogromne odległości, przemieszczają się konsekwentnie ze wschodu na zachód i zbiegają się ze zjawiskami atmosferycznymi, a nie ze wzorcami podróży człowieka. Te zastrzeżenia nie były marginalnymi poglądami zacofanych myślicieli sprzeciwiających się postępowi. Rudolph Virchow, uważany za ojca współczesnej patologii, zadeklarował, że poświęci swoje życie udowodnieniu, że zarazki poszukują chorych tkanek, a nie je wywołują. Jak pisze Unbekoming , debata trwała przez dziesięciolecia, a przeciwników zakażeń nazywano „heretykami sanitarnymi”, choć wielokrotnie wskazywali na przypadki, w których teoria o zarazkach jako przyczynach chorób nie zgadzała się z obserwowaną rzeczywistością.

Historia zawiera niezwykłe epizody, które w dużej mierze zostały zapomniane. Choroby, o których obecnie wiadomo, że są spowodowane niedoborami witamin – szkorbut, pelagra, beri-beri – były kiedyś uważane za zaraźliwe. Szpitale odmawiały przyjmowania pacjentów z pelagrą, pielęgniarki strajkowały zamiast ich leczyć, a dzieciom odmawiano wstępu do szkoły, jeśli członkowie rodziny wykazywali objawy. Lekarze podawali arszenik i rtęć, próbując zabić nieistniejący patogen, podczas gdy prawdziwa przyczyna, niedobór niacyny, pozostawała nieleczona. Ponad dwa miliony marynarzy zmarło na szkorbut, a lekarze skupili się na teoriach dotyczących zaraźliwości, zamiast rozpoznać przyczynę w diecie. W 1956 roku tajemnicza choroba rozprzestrzeniająca się w wiosce rybackiej w Minamata w Japonii doprowadziła do kwarantanny i kampanii dezynfekcyjnych, dopóki naukowcy nie odkryli, że przyczyną było zatrucie rtęcią przemysłową, a nie czynnik zakaźny. A potem jest dr Matthew Rodermund, który w 1901 roku smarował się ropą po ospie, dotykał twarzy co najmniej 37 osób przez 48 godzin bez mycia i nie spowodował ani jednego przypadku choroby – to jeden z dziesiątek eksperymentów samoszczepienia w historii, które nie doprowadziły do ​​przeniesienia rzekomo zakaźnych chorób. To nie są jakieś niejasne przypisy. Podważają one fundamentalnie założenia, które współczesna medycyna uważa za niezmienne.

Najbardziej uderzające dowody pochodzą z pandemii grypy hiszpanki z 1918 roku, uważanej za najtragiczniejszą epidemię w historii ludzkości. W szczytowym momencie Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych współpracowała z Głównym Chirurgiem i wiodącymi uniwersytetami, aby przeprowadzić 25 kontrolowanych eksperymentów w celu przeniesienia choroby. Stu sześćdziesięciu zdrowym ochotnikom rozpylono do nosa, zakraplano do oczu i wstrzykiwano pod skórę wydzieliny patogenów. Siedzieli przy łóżkach, podczas gdy umierający pacjenci kaszleli im prosto w twarz. Zachorowało mniej niż 2% chorych. Naukowcy udokumentowali swoje zdumienie, ale nie wyciągnęli żadnych wniosków na temat znaczenia wyników dla teorii zarażenia. Podobne eksperymenty w Jednostce Badawczej Przeziębienia w Anglii przez prawie dwie dekady nie wykazywały wiarygodnego przenoszenia przeziębień, pomimo stosowania skomplikowanych metod. Kiedy Paul Schmidt testował transmisję grypy, jego roztwór soli fizjologicznej wywoływał więcej objawów niż same wydzieliny patogenów. Wyniki te znajdują się w archiwach medycznych, są publikowane i dostępne, ale są w dużej mierze nieznane opinii publicznej i nie są wspominane w edukacji medycznej. Eksperymenty, które powinny definitywnie potwierdzić lub obalić przenoszenie chorób układu oddechowego, zamiast tego przyniosły wyniki, które społeczność naukowa po cichu zignorowała, kontynuując badania, jak gdyby zarażenie było niepodważalne. Niniejsza książka analizuje te dowody – nieudane eksperymenty, wadliwe metody izolacji, choroby błędnie uznawane za zakaźne oraz alternatywne wyjaśnienia, które lepiej tłumaczą, dlaczego ludzie zdają się przeziębiać – i zastanawia się, czy historia, którą wszyscy słyszeliśmy, wytrzymuje krytykę.

 

ANALOGIA

Wyobraź sobie, że mieszkasz na wsi, gdzie wszyscy wierzą, że pożary domów są spowodowane przez strażaków. Przecież zawsze, gdy wybucha pożar, strażacy są na miejscu. Im poważniejszy pożar, tym więcej strażaków się pojawia. Kiedy jeden dom się pali, a wkrótce potem sąsiedni, mieszkańcy widzą strażaków biegających tam i z powrotem między domami i dochodzą do wniosku, że to oni rozprzestrzeniają ogień. Mieszkańcy wsi reagują logicznie, opierając się na tym przekonaniu: zabraniają strażakom wstępu, uniemożliwiają im gromadzenie się, opracowują rozbudowane systemy wczesnego wykrywania ich obecności i traktują każdego, kto niedawno spotkał strażaka, z podejrzliwością i izolacją.

Niewielka grupa mieszkańców wioski zauważa coś dziwnego. Zwracają uwagę na obecność strażaków również w domach, które nigdy nie płoną – mieszkają w nich, robią zakupy na targach i uczestniczą w festynach. Zauważają, że gdy strażacy są celowo wprowadzani do zdrowych domów, te rzadko się palą. Dokumentują setki prób wzniecenia pożarów poprzez wprowadzenie strażaków do nienaruszonych budynków, a wskaźnik powodzenia oscyluje wokół dwóch procent. Odkrywają, że domy faktycznie płoną z powodu wadliwej instalacji elektrycznej, pozostawionych świec, uderzeń piorunów i nagromadzonych materiałów łatwopalnych – i że strażacy reagują na płomienie, a nie je wywołują. Zdają sobie sprawę, że zadaniem strażaków jest rozbicie płonącego materiału i usunięcie gruzu, aby można było rozpocząć odbudowę.

Ale wioska zorganizowała całe swoje życie wokół unikania strażaków. Firmy czerpią zyski ze sprzętu do wykrywania pożarów. Władze czerpią swoją władzę z protokołów ograniczających strażaków. Mieszkańcy przez całe życie uczyli swoje dzieci strachu przed strażakami. Kiedy mała grupa przedstawia swoje dowody – odsłonięte domy, które nigdy się nie zapaliły, odsłonięte wioski, które pozostały bezpieczne, samych odsłoniętych strażaków, którzy nigdy nie wzniecili pożaru – są oni odrzucani jako niebezpieczni heretycy. W końcu wszyscy wiedzą, że strażacy wywołują pożary. Jest to w podręcznikach. Potwierdzają to eksperci. A zaledwie w zeszłym tygodniu ktoś na własne oczy widział strażaków przy płonącym budynku.

Mieszkańcy wsi, którzy postrzegają strażaków jako przyjaciół, a nie wrogów, nie twierdzą, że pożary nie istnieją ani że płonące budynki nie są niebezpieczne. Zadają inne pytanie: co, jeśli obecność strażaków jest reakcją na warunki, które narażają domy na niebezpieczeństwo, a nie przyczyną ich zniszczenia? Co, gdyby wieś przeznaczyła swoje zasoby na bezpieczniejsze instalacje elektryczne, właściwe zarządzanie świecami i usuwanie łatwopalnych odpadów zamiast na ochronę przeciwpożarową? Co, gdyby sam strach przed strażakami powodował szkody – sprawiając, że ludzie boją się prosić o pomoc, izolując tych, których domy stanęły w płomieniach, i uniemożliwiając tym samym ekipom sprzątającym odbudowę zniszczonych budynków?

Główne przesłanie jest następujące: od ponad wieku medycyna obserwuje mikroorganizmy w miejscu występowania chorób i dochodzi do wniosku, że to one muszą być przyczyną, tak jak mieszkańcy wsi obserwują strażaków przy pożarach i dochodzą do tego samego wniosku. Obecność patogenów w chorej tkance może wskazywać, że reagują one na uszkodzenia komórek i martwy materiał – pełniąc funkcje oczyszczające i recyklingowe – zamiast atakować zdrowe organizmy. Eksperymenty mające na celu wykazanie transmisji okazały się w przeważającej mierze nieskuteczne. Metody stosowane do izolowania domniemanych sprawców nie pozwalają odróżnić ich od własnych cząsteczek oczyszczających organizmu. Choroby, które kiedyś przypisywano infekcji, okazały się zatruciem i niedożywieniem. Strach przed niewidzialnymi wrogami sam w sobie może powodować objawy, których ludzie tak się boją, podczas gdy środki podejmowane w celu zapobiegania infekcji podważają zdrowie, które w przeciwnym razie mogłoby ich chronić.

Pytanie nie brzmi, czy ludzie zachorują – to oczywiste. Pytanie brzmi, czy strażacy podpalają, czy też są tam po to, by sprzątać szkody wyrządzone przez coś zupełnie innego.

WYJAŚNIENIE W JEDNĄ MINUTĘ

Przez 150 lat wmawiano nam, że niewidzialne zarazki unoszące się w powietrzu atakują nasze ciała i powodują choroby takie jak przeziębienia i grypa – i że chorzy przenoszą te zarazki na zdrowych poprzez kaszel, kichanie i bliski kontakt. Ta książka bada, czy ta teoria ma sens, gdy spojrzy się na dowody.

To, co odkrywasz, jest zaskakujące. Ponad 200 eksperymentów próbowało przenosić przeziębienia i grypę z osób chorych na zdrowe, zmuszając je do kaszlu na siebie nawzajem, dzielenia przestrzeni życiowej, wymiany płynów ustrojowych i podawania im bezpośrednich zastrzyków z zakażonych wydzielin. Zdecydowana większość zakończyła się całkowitą porażką. Podczas grypy hiszpanki w 1918 roku – uważanej za najgroźniejszą pandemię w historii – Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych przeprowadziła 25 rygorystycznych eksperymentów na 161 ochotnikach i, pomimo ekstremalnych metod narażenia, osiągnęła wskaźnik zakażeń poniżej 2%.

Tymczasem metody stosowane do udowodnienia istnienia wirusów i wywoływania chorób opierają się na rozumowaniu kołowym: naukowcy obserwują obumierające komórki w naczyniu laboratoryjnym i dochodzą do wniosku, że wirus je zabił, ale ta sama śmierć komórki następuje również wtedy, gdy wirus nie jest obecny. Podstawowe eksperymenty, w których „izolowano” wirusy, takie jak odra, dały identyczne wyniki w grupach kontrolnych. Choroby, o których obecnie wiadomo, że są spowodowane niedoborami witamin i zatruciami – szkorbut, pelagra, zatrucie rtęcią – były kiedyś przypisywane zakażeniu, ponieważ ludzie w tym samym środowisku zachorowali w tym samym czasie.

Jeśli zarazki nie rozprzestrzeniają chorób, co wyjaśnia chorobę? Dowody wskazują na czynniki środowiskowe – zanieczyszczenie powietrza, zmiany temperatury i wilgotności, narażenie na toksyny – w połączeniu ze zjawiskami psychologicznymi, takimi jak efekt nocebo, gdzie wiara w chorobę faktycznie ją wywołuje. To, co wydaje się zarażeniem, może być reakcją grup ludzi na wspólne warunki środowiskowe i wspólne przekonania.

12-PUNKTOWY PRZEGLĄD

1. Teoria zarazków była od początku gorąco kwestionowana i nigdy nie była jedynym wyjaśnieniem chorób.

Kiedy Louis Pasteur opublikował teorię zarazków w 1861 roku, wielu czołowych lekarzy i naukowców na świecie sprzeciwiło się jej i ostrzegało przed jej stosowaniem. Przez większość historii ludzkości czynniki środowiskowe dominowały jako wyjaśnienie chorób: lekarze przypisywali epidemie warunkom atmosferycznym, toksynom, niedożywieniu i złej higienie, a nie niewidzialnym czynnikom zakaźnym. Teoria, że ​​pojedynczy mikroorganizm powoduje jedną chorobę, zyskała popularność dopiero pod koniec XIX wieku, a jej dominacja wynikała z władzy instytucjonalnej, a nie z przytłaczających dowodów eksperymentalnych.

2. Kryteria mające na celu udowodnienie, że zarazki wywołują choroby — postulaty Kocha i Riversa — nigdy nie zostały spełnione w sposób zadowalający.

Robert Koch opracował swoje postulaty, aby ustalić związek przyczynowo-skutkowy między mikroorganizmami a chorobami, ale nie udało mu się spełnić własnych kryteriów gruźlicy. Zidentyfikowane przez niego patogeny występowały u zdrowych ludzi, nie wywoływały choroby po wprowadzeniu do organizmu zdrowego gospodarza i wywoływały inne objawy u zwierząt laboratoryjnych niż u zwierząt nabytych naturalnie. Kiedy inni naukowcy napotkali podobne niepowodzenia, Koch i jego zwolennicy zmodyfikowali postulaty i opracowali wyjaśnienia, takie jak „bezobjawowe zakażenie”, zamiast kwestionować błędność teorii. Thomas Rivers opracował później zmodyfikowane postulaty dotyczące wirusów, ale borykały się one z tymi samymi fundamentalnymi problemami i pozostają niespełnione.

3. Okazało się, że wiele chorób, które kiedyś uważano za zaraźliwe, ma zupełnie różne przyczyny.

Przez wieki szkorbut traktowano jako chorobę zakaźną – fakt, że marynarze zapadali na nią jeden po drugim, wydawał się jednoznacznym dowodem na przenoszenie jej przez ludzi. Ponad dwa miliony marynarzy zmarło, zanim naukowcy uznali, że przyczyną jest niedobór witaminy C. Pelagra wywołała masową panikę w Ameryce na początku XX wieku – szpitale odmawiały przyjmowania pacjentów, a pielęgniarki strajkowały, zamiast leczyć „zarażonych”. Okazało się, że przyczyną był niedobór niacyny. Choroba Minamata prawdopodobnie rozprzestrzeniła się wśród społeczności rybackiej w Japonii w 1956 roku; domy dezynfekowano, a pacjentów poddawano kwarantannie, dopóki naukowcy nie odkryli, że przyczyną była rtęć uwalniana z przemysłu. W każdym razie założenie o zakażeniu opóźniło postawienie prawidłowej diagnozy, marnotrawiło zasoby i powodowało cierpienie niezwiązane z czynnikami zakaźnymi.

4. Standardowe metody „izolowania” wirusów tak naprawdę niczego nie izolują.

Mówiąc prościej, izolacja oznacza oddzielenie jednej rzeczy od wszystkiego innego – proces subtraktywny. Wirusolodzy mieszają przefiltrowane płyny ustrojowe z komórkami zwierzęcymi, antybiotykami, czynnikami wzrostu i licznymi dodatkami chemicznymi, a następnie obserwują, czy komórki obumierają. Kiedy komórki obumierają, ten „efekt cytopatyczny” jest uważany za dowód obecności wirusa. Proces ten w rzeczywistości komplikuje, a nie upraszcza, uniemożliwiając ustalenie, czy śmierć komórki jest spowodowana wirusem, czy też surowymi warunkami samej metody hodowli. Badania wykazały identyczną śmierć komórek w hodowlach kontrolnych niezawierających materiału wirusowego, a same antybiotyki dramatycznie zwiększają niszczenie komórek, które wirusolodzy przypisują wirusom.

5. Przełomowe badanie, którego celem było wyizolowanie wirusa odry, przyniosło takie same wyniki w eksperymencie kontrolnym.

W 1954 roku John Enders i Thomas Peebles hodowali materiał pobrany od pacjentów chorych na odrę i zaobserwowali obumieranie komórek, które przypisywali wirusowi odry. Przeprowadzili również eksperyment kontrolny, w którym dodali te same składniki, z wyjątkiem materiału pobranego od pacjentów. Komórki w próbie kontrolnej obumierały dokładnie w ten sam sposób. Enders i Peebles przyznali, że nie byli w stanie odróżnić „wirusa” od tego, co zabijało komórki kontrolne. Pomimo tej fundamentalnej wady – próby kontrolnej, która unieważniała wniosek – Enders otrzymał Nagrodę Nobla, a ta metodologia stała się modelem izolacji wirusa, który nadal jest stosowany we współczesnej wirusologii.

6. Cząstek zidentyfikowanych jako wirusy nie można wiarygodnie odróżnić od składników komórkowych organizmu.

Egzosomy to małe cząsteczki naturalnie wytwarzane przez komórki w celu komunikacji i usuwania odpadów. Pod mikroskopem elektronowym i przy użyciu technik oczyszczania, eksosomy wydają się identyczne pod względem struktury i antygenowości z domniemanymi cząsteczkami wirusowymi. Naukowcy opisali cząsteczki przypominające wirusy grypy, które wyłaniały się z komórek w hodowlach pozbawionych materiału wirusowego. Po wystawieniu tych kultur na działanie rzekomo zainfekowanego materiału, liczba tych samych cząsteczek wzrosła. Jeśli cząsteczki niewirusowe są nieodróżnialne od wirusów i jeśli pojawiają się w próbkach kontrolnych i nieszczepionych hodowlach, cała podstawa do twierdzenia, że ​​wirus został zidentyfikowany i oczyszczony, upada.

7. Ponad 200 eksperymentów dotyczących przenoszenia chorób na ludzi nie wykazało jednoznacznie, że choroby układu oddechowego przenoszą się z osób chorych na zdrowe.

Podczas pandemii grypy hiszpanki w 1918 roku Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych współpracowała z Naczelnym Lekarzem i wiodącymi uniwersytetami, aby przeprowadzić 25 rygorystycznych eksperymentów z udziałem 161 marynarzy-ochotników. Zdrowym mężczyznom rozpylano patogenne wydzieliny do nosa i gardła, wkraplano do oczu, wstrzykiwano pod skórę i przenoszono bezpośrednio z wymazów pobranych od pacjentów. Siedzieli przy łóżkach ciężko chorych pacjentów, którzy kaszleli i chuchali na nich. Choroba rozwinęła się u mniej niż 2% z nich. Jednostka Badawcza Przeziębienia w Anglii przez prawie dwie dekady podejmowała próby przenoszenia przeziębień między zwierzętami i ludźmi, z podobnym wskaźnikiem niepowodzeń. Kiedy badacze osiągali wyższe wskaźniki transmisji, ich metodom brakowało kontroli, zaślepienia i odpowiednich zmiennych niezależnych – najbardziej przekonujący dowód zakażenia wiąże się z najmniej wiarygodną metodologią.

8. Eksperymenty wykazały, że substancje obojętne mogą powodować więcej objawów niż chore wydzieliny, co stanowi nierozwiązany paradoks.

Eksperymenty Paula Schmidta przeprowadzone po pandemii wykazały, że roztwór soli fizjologicznej – nieaktywny płyn kontrolny – powodował wyższy odsetek objawów grypy niż rzekomo zakaźny materiał pochodzący od chorych pacjentów. Wynik ten nigdy nie został odpowiednio wyjaśniony. Oznacza to, że gdy naukowcy mieszają płyny ustrojowe z innymi składnikami, nie są w stanie określić, który składnik wywołał objawy. Wydzieliny chorych zawierają również mediatory zapalne, takie jak bradykinina i histamina – substancje, o których wiadomo, że wywołują objawy przeziębienia i grypy po dostaniu się do dróg oddechowych – ale eksperymenty dotyczące transmisji nie uwzględniały tych czynników zakłócających.

9. Efekt nocebo może, już na skutek samej antycypacji i sugestii, wywołać objawy fizyczne identyczne z objawami choroby zakaźnej.

Naukowcy udokumentowali przypadki uczniów cierpiących na bóle głowy spowodowane przez urządzenia elektryczne, których nigdy nie włączono, pacjentów chorych na raka, którzy tracili włosy po podaniu roztworów soli fizjologicznej, które uznali za chemioterapię, oraz osoby umierające z powodu diagnoz, których niesłuszność została potwierdzona podczas sekcji zwłok. Podczas pandemii w 1918 roku lekarze publicznie oświadczyli, że strach jest bardziej zabójczy niż choroba i zalecili eliminację strachu w celu zwalczania grypy. Masowe choroby psychogenne – objawy szybko rozprzestrzeniające się w grupach bez patogenu – zostały udokumentowane w szkołach, fabrykach i społecznościach, powodując epidemie nieodróżnialne od chorób zakaźnych. Wiara w zarażenie, wzmocniona przez dożywotnie uwarunkowania, sama w sobie może powodować objawy, gdy ludzie wierzą, że zostali narażeni na kontakt z wirusem.

10. Czynniki środowiskowe są ściśle związane z wzorcami chorób układu oddechowego i mogą powodować objawy bez mechanizmu wirusowego.

Zmiany wilgotności bezwzględnej pozwalają przewidzieć wybuchy epidemii grypy z niezwykłą dokładnością: gdy wilgotność spada poniżej określonych progów, ryzyko zachorowania na grypę wzrasta o 58% z każdym dodatkowym spadkiem o pół grama. Zanieczyszczenie powietrza zabija ponad 10 milionów ludzi rocznie, a z każdym wzrostem stężenia pyłu zawieszonego powyżej bezpiecznych limitów podwaja się ryzyko infekcji dróg oddechowych. Inwersje temperatur zatrzymują zanieczyszczenia blisko gruntu; gwałtowne wzrosty zanieczyszczenia w Chinach poprzedzały wybuchy epidemii przypisywane nowym wirusom. Dr Volney Cheney przez 11 lat dowodził, że nie może przenosić przeziębienia poprzez kontakt z wydzielinami patogenów, ale może niezawodnie wywoływać i odwracać objawy przeziębienia, manipulując pH dróg oddechowych za pomocą związków chemicznych i wodorowęglanu sodu.

11. To, co wydaje się infekcją, może być reakcją detoksykacyjną organizmu na nagromadzony stres środowiskowy.

Słowo „wirus” pochodzi od łacińskiego słowa oznaczającego truciznę lub toksynę. Do połowy XX wieku wirusy były definiowane w słownikach jako substancje trujące wytwarzane przez choroby. Kiedy wilgotność powierzchniowa dróg oddechowych staje się kwaśna z powodu narażenia na zanieczyszczenia, wahania temperatury lub niezrównoważoną dietę, klirens śluzowo-rzęskowy zanika, a cząstki stałe gromadzą się. Długotrwałe zakwaszenie powoduje obumieranie i złuszczanie się komórek układu oddechowego. Organizm uwalnia substancje chemiczne wywołujące stany zapalne, aby usunąć produkty przemiany materii, co prowadzi do kaszlu, kichania i wytwarzania śluzu – objawów identycznych z objawami przeziębienia i grypy, wynikających z procesu oczyszczania, a nie ataku. Tak jak drzewa zrzucają liście jesienią w odpowiedzi na warunki środowiskowe, tak objawy ze strony układu oddechowego mogą być pierwotnym mechanizmem detoksykacji, reagującym na gromadzenie się toksyn.

12. Szersze implikacje podważają podstawy polityki zdrowia publicznego i decyzji dotyczących zdrowia jednostek.

Jeśli dowody na istnienie wirusowych przyczyn i zarażenia są tak słabe, jak się je przedstawia, środki mające na celu zapobieganie transmisji – kwarantanny, lockdowny, maseczki, dystans społeczny – mogą wyrządzić szkodę, nie przynosząc żadnych korzyści. Wykazano, że środki te negatywnie wpływają na aktywność fizyczną, odżywianie, kontakty społeczne, sen i dobrostan psychiczny. Narracja o zarażeniu zachęca ludzi do eksternalizacji problemów i rozwiązań zamiast brania osobistej odpowiedzialności za swoje zdrowie poprzez czynniki związane ze stylem życia. Strach przed niewidzialnymi wrogami prowadzi do efektu nocebo i hamuje te same zachowania, które budują odporność. Osoby cierpiące na szkorbut i pelagrę były kiedyś traktowane jak wyrzutki z powodu chorób niezwiązanych z zarażeniem. Pytanie brzmi, które współczesne choroby są podobnie błędnie przypisywane i jakie cierpienie jest w rezultacie utrwalane.

ZŁOTA WSKAZÓWKA

Najgłębsza myśl zawarta w tej książce, którą mało kto zna:

Podczas pandemii grypy hiszpanki w 1918 roku Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych przeprowadziła najbardziej rygorystyczne eksperymenty dotyczące przenoszenia chorób w historii medycyny — i niemal całkowicie zakończyły się one niepowodzeniem.

W szczytowym momencie pandemii, którą nazwano najbardziej zaraźliwą i śmiercionośną w historii ludzkości, armia amerykańska współpracowała z Generalnym Chirurgiem, ponad 50 wysokimi rangą oficerami marynarki wojennej i profesorami z wiodących uniwersytetów, aby przeprowadzić 25 kontrolowanych eksperymentów na 161 marynarzach-ochotnikach. Mężczyźni ci byli bezpośrednio narażeni na kontakt z pacjentami z grypą hiszpanką na wszelkie możliwe sposoby: spryskiwano im wydzieliny z zarazkami do nosa i gardła, wlewano śluz do oczu, wstrzykiwano im podskórnie przefiltrowany materiał, wstrzykiwano krew od pacjentów z grypą, a także spędzali długie okresy przy łóżkach ciężko chorych pacjentów, którzy kaszleli im prosto w twarz.

Spośród 25 eksperymentów, na grypę zachorowało tylko dwóch mężczyzn, co stanowi wskaźnik na poziomie 1,2%.

Nie były to źle zaprojektowane badania. Reprezentowały one połączone zasoby i wiedzę fachową amerykańskiego wojska i agencji zdrowia publicznego, desperacko poszukujących informacji na temat choroby, która zabija miliony. Naukowcy przestrzegali ścisłych protokołów. Ochotnikami byli młodzi, zdrowi marynarze w doskonałej kondycji fizycznej. Metody ekspozycji były ekstremalne – znacznie przekraczały wszelkie naturalne kontakty, jakie mogą mieć miejsce w życiu codziennym. Mimo to badaczom nie udało się wywołać choroby u zdrowych mężczyzn.

Lekarze przeprowadzający te eksperymenty byli zdumieni. Nie potrafili wyjaśnić, dlaczego bezpośrednie szczepienie rzekomo śmiercionośnym materiałem zakaźnym zawodziło w 98% przypadków. Nie potrafili wyjaśnić, jak to możliwe, że najbardziej zaraźliwa pandemia w historii okazała się praktycznie niemożliwa do przeniesienia w kontrolowanych warunkach. Ich szczegółowe raporty dokumentowały negatywne wyniki, ale nie wyciągały żadnych wniosków na temat tego, co to oznacza dla teorii zarażenia.

Dowody te spoczywały uśpione w archiwach medycznych przez ponad wiek. Nie zostały ukryte ani zatajone – eksperymenty są udokumentowane w publikowanych artykułach i oficjalnych raportach. Mimo to prawie nikt o nich nie wie. Nie wspomina się o nich w edukacji medycznej. Agencje zdrowia publicznego nie wspominają o nich. Społeczność naukowa działała tak, jakby eksperymenty nigdy się nie odbyły, budując stale rozrastającą się wirusologiczną konstrukcję na fundamencie, który już został przetestowany i uznany za niewystarczający.

Implikacje są oszałamiające. Jeśli najgroźniejsza pandemia grypy w historii, pomimo ekstremalnych środków, nie mogła zostać przeniesiona w kontrolowanych eksperymentach, co to mówi o założeniach leżących u podstaw wszystkich późniejszych reakcji na pandemię? Jeśli 161 ochotników narażonych na najbardziej zaraźliwą chorobę, jaką można sobie wyobrazić, za pomocą najbardziej bezpośrednich metod, doprowadziło do wskaźnika zakażeń na poziomie 1,2%, to jak bardzo można ufać twierdzeniom o transmisji drogą powietrzną, bezobjawowym rozprzestrzenianiu się i potrzebie wprowadzenia środków powstrzymujących rozprzestrzenianie się w całej populacji?

To nie jest jakieś niejasne odkrycie z niewielkiego badania. Były to flagowe eksperymenty armii USA przeprowadzone w czasie globalnego kryzysu, z pełnym autorytetem instytucjonalnym i rygorem naukowym, jakie były wówczas dostępne. Brak dowodów na transmisję wirusa powinien był wywołać fundamentalne pytania dotyczące samej teorii zarazków. Zamiast tego wyniki po cichu odłożono na półkę, podczas gdy świat toczył się dalej, jakby infekcja została niezbicie udowodniona.

Większość ludzi uważa, że ​​transmisja chorób jest faktem, ponieważ pokrywa się z ich codziennymi obserwacjami: ktoś kicha, a kilka dni później czuje się źle. Jednak korelacja nie oznacza związku przyczynowo-skutkowego, a subiektywne doświadczenie nie jest dowodem naukowym. Kiedy badacze próbowali wykazać transmisję w kontrolowanych warunkach, z odpowiednią dokumentacją i obserwacją, ponieśli porażkę. Eksperymenty z grypą hiszpanką są najbliższe ostatecznemu testowi hipotezy zarażenia i dały wynik negatywny.

Oto sedno sprawy: najpoważniejsza pandemia w historii została poddana najbardziej rygorystycznym testom transmisji, jakie kiedykolwiek przeprowadzono, a eksperymenty zakończyły się niepowodzeniem. Wszystko, co opiera się na założeniu udowodnionego zarażenia, opiera się na fundamencie, który załamał się w 1918 roku.

30 PYTAŃ I ODPOWIEDZI

Pytanie 1: Czym jest teoria zarazków i jakie jest jej główne założenie dotyczące związku między mikroorganizmami a chorobami?

Odpowiedź: Teoria zarazków zakłada, że ​​określone mikroorganizmy powodują określone choroby. Jej głównym założeniem jest to, że drobnoustroje chorobotwórcze są wszechobecne w środowisku, czekając na okazję do zakażenia zdrowych gospodarzy i przeniesienia się na inne ofiary. Zgodnie z tym poglądem, wszystkie organizmy żywe są zdane na łaskę drobnoustrojów chorobotwórczych, których jedynym celem jest inwazja na organizm, namnażanie się i wywoływanie chorób. Interakcja między układem odpornościowym a drobnoustrojami jest przedstawiana jako pole bitwy, gdzie toczy się nieustanna walka o przetrwanie, gdzie patogeny można „powstrzymać”, ale nigdy całkowicie wyeliminować.

W tym ujęciu zarazki są postrzegane jako zewnętrzni najeźdźcy, którzy atakują organizm z zewnątrz, przemieszczają się drogą powietrzną lub są przenoszone przez kontakt z zakażonymi osobami. Eksperci zajmujący się chorobami zakaźnymi uważają, że bariery anatomiczne, takie jak skóra i błony śluzowe, zapewniają pewną ochronę, ale drobnoustroje mogą przenikać przez te mechanizmy obronne w odpowiednich warunkach. Choroby i związane z nimi objawy są postrzegane jako problem, który należy zwalczać i wykorzenić. Za twórców i legitymizatorów tej teorii, która stała się dominującym modelem rozumienia chorób pod koniec XIX wieku i pozostaje nim do dziś, uważa się Louisa Pasteura, Roberta Kocha i Josepha Listera.

Pytanie 2: Czym jest teoria terenu i czym różni się ona od teorii zarazków w wyjaśnianiu, dlaczego ludzie chorują?

Odpowiedź: Teoria terenu zakłada, że ​​to stan wewnętrzny organizmu – jego „teren” lub „gleba” – decyduje o tym, czy dana osoba zachoruje, a nie ekspozycja na zewnętrzne patogeny. Z tej perspektywy choroba wynika ze zmienionej wewnętrznej aktywności fizjologicznej, która występuje, gdy organizm jest narażony na szkodliwe czynniki, takie jak toksyny, trucizny i niehigieniczne warunki, przy jednoczesnym braku niezbędnych czynników prozdrowotnych, niezbędnych do utrzymania prawidłowych funkcji metabolicznych i tkankowych. Teren determinuje formę i funkcję wszystkich obecnych mikroorganizmów, co oznacza, że ​​patogeny są postrzegane jako konsekwencja choroby, a nie jej przyczyna.

Eksperci w dziedzinie chorób zakaźnych argumentowali, że zarazki nie mogą wywoływać chorób w zdrowej tkance. Zauważyli, że tak zwane zarazki chorobotwórcze występują u całkowicie zdrowych osób, a ich wprowadzenie do organizmu nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji. Gdyby zarazki mogły infekować zdrowe tkanki, ludzkość szybko by wyginęła, ponieważ żaden układ odpornościowy nie byłby w stanie oprzeć się nieustannemu atakowi patogenów żyjących na nas i w nas. Z perspektywy terenowej, zarazki pełnią pożyteczną funkcję: migrują do martwych i obumierających tkanek, aby je rozłożyć, zamieniając chorą tkankę w ropę, co pozwala organizmowi wydalać produkty przemiany materii i tworzyć nową tkankę. Zarazki są wrogami chorób, ponieważ rozkładają zakażony materiał i przetwarzają produkty uboczne w innych procesach biologicznych – są przyjaciółmi, a nie wrogami.

Pytanie 3: Kim byli Antoine Béchamp i Louis Pasteur i na czym polegała ich rywalizacja naukowa?

Odpowiedź: Antoine Béchamp był lekarzem, farmaceutą i Kawalerem Legii Honorowej, który rozpoczął eksperymenty z fermentacją w 1854 roku. Odkrył, że szczelnie zamknięte butelki z cukrem i wodą fermentowały szybko dopiero po rozwinięciu się pleśni, a pleśń nie rozwijała się po dodaniu pewnych substancji chemicznych. Poprzez dalsze eksperymenty Béchamp odkrył to, co nazwał „mikrozymą”: mikroskopijne podstawowe jednostki obecne w całej materii organicznej, które pod wpływem czynników środowiskowych mogą przekształcić się w specyficzne patogeny. Louis Pasteur, francuski chemik badający podobne zagadnienia dotyczące fermentacji i gnicia, zaobserwował, że rozwój pleśni następował dopiero po wystawieniu roztworów na działanie powietrza. Chociaż obaj początkowo podzielali ten sam pogląd, Pasteur ostatecznie doszedł do wniosku, że patogeny unoszące się w powietrzu powodują choroby, podczas gdy Béchamp rozwinął teorię terenu.

Rywalizacja zaostrzyła się, gdy Pasteur przedstawił swoje odkrycia Francuskiej Akademii Nauk pod koniec 1857 roku i przypisano mu odkrycie, że pleśnie powodują fermentację. Béchamp protestował, twierdząc, że był pierwszym, który dokonał tego odkrycia, i szczegółowo opisał swoje odkrycia w pamiętniku złożonym na kilka miesięcy przed prezentacją Pasteura. Z nieznanych przyczyn pamiętnik Béchampa został opublikowany z ponad rocznym opóźnieniem, a bez informacji o dacie złożenia, jego zarzuty nie mogły zostać uzasadnione. Późniejsze badania dr. Montague Leversona wykazały, że Pasteur rzeczywiście dopuścił się plagiatu pracy Béchampa. Poza sporem o fermentację, ich fundamentalna różnica zdań dotyczyła tego, czy patogeny atakują z zewnątrz (Pasteur), czy powstają z materii organicznej w odpowiedzi na zaburzenia środowiskowe (Béchamp). Pasteur podobno przyznał się do tego na łożu śmierci w 1895 roku, mówiąc: „Teren jest wszystkim, mikrob niczym”.

Pytanie 4: Jakie są postulaty Kocha i dlaczego uznano je za niezbędne do udowodnienia, że ​​konkretny zarazek powoduje konkretną chorobę?

Odpowiedź: Postulaty Kocha to zbiór kryteriów opracowanych w 1882 roku przez niemieckiego lekarza i bakteriologa Roberta Kocha w celu ustalenia związku przyczynowo-skutkowego między mikroorganizmem a chorobą. Postulaty wymagają, aby: (1) mikroorganizm występował we wszystkich przypadkach choroby, ale nie u zdrowych osobników; (2) mikroorganizm został wyizolowany z chorego gospodarza i wyhodowany w czystej kulturze; (3) po wprowadzeniu do zdrowego gospodarza, wyhodowany mikroorganizm musiał wywoływać tę samą chorobę; oraz (4) mikroorganizm musiał zostać ponownie wyizolowany z eksperymentalnie zakażonego gospodarza i uznany za identyczny z oryginałem. Kryteria te miały na celu dostarczenie dowodów naukowych, które miały uciszyć krytyków narzekających na brak eksperymentów wykazujących, że mikroorganizmy faktycznie wywołują choroby.

Kiedy opublikowano teorię zarazków, stała ona na niepewnym gruncie, a lekarze niechętnie ją akceptowali. Głównym zarzutem w środowisku medycznym był właśnie brak dowodów eksperymentalnych. Bez wystarczających dowodów wybitni lekarze, w tym profesor Horatio Wood i profesor Austin Flint, wycofali swoje poparcie, mimo że początkowo byli otwarci. Powszechna akceptacja nastąpiła dopiero po opublikowaniu przez Kocha pracy na temat gruźlicy, w której twierdził, że udowodnił, iż choroba ta jest wywoływana przez Mycobacterium tuberculosis. Postulaty miały stanowić standard dowodowy, który potwierdziłby teorię zarazków i wyróżnił ją spośród konkurencyjnych wyjaśnień. Stały się one kamieniem węgielnym, na którym zbudowano cały gmach bakteriologii – a później wirusologii.

Pytanie 5: Jakie problemy pojawiły się, gdy naukowcy, w tym sam Koch, próbowali sprostać postulatom Kocha?

Odpowiedź: Sam Koch, wkrótce po opracowaniu swoich postulatów, nie był w stanie im sprostać. W swojej początkowej pracy nad gruźlicą, zwierzęta, którym wstrzyknął czyste kultury Mycobacterium tuberculosis, wykazywały zupełnie inne objawy niż zwierzęta, które zaraziły się tą chorobą naturalnie. Patogeny rzekomo wywołujące gruźlicę były nie tylko obecne zarówno u zdrowych, jak i chorych osób, ale również nie mogły ponownie wywołać choroby po narażeniu na kontakt ze zdrowymi gospodarzami. Inni naukowcy i lekarze natychmiast zgłaszali napotkanie tych samych problemów: tak zwane mikroorganizmy patogenne znajdowano u całkowicie zdrowych osób, co przeczyło postulatowi pierwszemu; wielu domniemanych ludzkich patogenów nie dało się wyhodować w hodowli, co przeczyło postulatowi drugiemu; a zdrowi gospodarze nie zachorowali po bezpośrednim kontakcie z bakteriami rzekomo wywołującymi chorobę, co przeczyło postulatowi trzeciemu.

Za każdym razem, gdy jeden naukowiec publikował artykuł sugerujący, że znalazł mikroorganizm w chorej tkance i zakładał, że to on jest przyczyną, inny naukowiec szybko znajdował ten sam mikroorganizm w zdrowej tkance, skutecznie eliminując możliwość, że przyczyną był drobnoustroje. Działo się tak wielokrotnie. W odpowiedzi Koch i jego współpracownicy zmodyfikowali i rozszerzyli swoje pierwotne założenia, aby nadal móc wnioskować, że niektóre drobnoustroje są patogenne. Gdy pojawiały się niewyjaśnione sprzeczności, takie jak „bezobjawowe zakażenie”, gdzie ludzie byli nosicielami patogenów bez zachorowania, Koch opracowywał wygodne mechanizmy ratunkowe, zamiast kwestionować samą teorię. Wielu zwolenników teorii zarazków, widząc te niepowodzenia, odrzucało ją z obrzydzeniem. Dr John P. Wall kwestionował, czy mikroorganizmy w chorej tkance mogą być skutkiem, a nie przyczyną, stwierdzając, że teoria zarazków jest „prawdopodobnie tak samo myląca, jak wiele innych teorii, które pojawiły się w medycynie”.

Pytanie 6: Jakie są postulaty Riversa i w jaki sposób próbowali oni poradzić sobie z ograniczeniami postulatów Kocha dotyczących wirusów?

Odpowiedź: Postulaty Riversa zostały opracowane przez Thomasa Riversa w 1937 roku w celu ustalenia związku przyczynowo-skutkowego między wirusami a chorobami, ponieważ pierwotne kryteria Kocha zostały opracowane dla bakterii. Rivers zdał sobie sprawę, że wirusy stwarzają wyjątkowe wyzwania: są zbyt małe, aby można je było bezpośrednio zaobserwować, nie można ich hodować w czystej kulturze, tak jak bakterie, i przechodzą przez filtry zatrzymujące większe mikroorganizmy. Jego zmodyfikowane postulaty wymagały, aby: (1) wirus był obecny w płynach ustrojowych żywiciela w momencie zachorowania; (2) przesącze z zakażonych tkanek musiały wywoływać chorobę u odpowiedniego żywiciela; oraz (3) podobne przesącze ze zdrowych żywicieli nie mogły wywoływać choroby. Modyfikacje te miały na celu uwzględnienie faktu, że wirusy, jako „pasożyty obligatoryjne”, wymagają żywych komórek do replikacji i dlatego nie można ich wyizolować za pomocą tych samych technik, co w przypadku bakterii.

Postulaty Riversa obarczone były fundamentalnymi wadami, które czyniły je zasadniczo niewykonalnymi. Rivers próbował wykazać związek przyczynowo-skutkowy dla nieożywionej cząstki, której nigdy bezpośrednio nie zaobserwował i o której niewiele wiedział. Postulaty zakładały, że jedynie wirusy mogą przenikać przez filtry i wywoływać choroby, ignorując obecność innych substancji w filtratach – w tym mediatorów zapalnych, toksyn i alergenów – które również mogą wywoływać objawy. Sam Rivers przyznał, że centralne założenie teorii zarazków jest błędne. Podał przykład świńskiej grypy, wyjaśniając, że jest ona wywoływana nie przez sam wirus, ale przez synergistyczne działanie wirusa i bakterii razem wziętych. Jeśli dwa lub więcej oddziałujących czynników wywołuje chorobę, ani postulaty Kocha, ani Riversa nie mogły udowodnić związku przyczynowo-skutkowego, ponieważ żadne z nich nie przewidziało tego zjawiska. Kryteria opracowane w celu udowodnienia przyczynowości wirusowej były z natury problematyczne od samego początku.

Pytanie 7: Jaka była tradycja meteorologii medycznej i w jaki sposób „doktorzy pogody” wyjaśniali występowanie chorób epidemicznych?

Odpowiedź: Meteorologia medyczna była dyscypliną dokumentującą związek między zdarzeniami środowiskowymi a chorobami, a jej praktycy byli nazywani „lekarzami pogody” lub „meteorologami medycznymi”. Tradycja ta sięga czasów Hipokratesa, który formalnie zaproponował teorię przyczynowości meteorologicznej około 400 r. p.n.e. Przez ponad dwa tysiące lat lekarze uważali, że zmiany ciśnienia barometrycznego, temperatury, oddziaływania elektrycznego atmosfery, wiatru, ozonu i innych zjawisk meteorologicznych powodują wybuchy grypy. Lekarze pogody wierzyli, że tajemnice epidemii przeziębienia i grypy można rozwikłać, rozumiejąc, jak subtelne wahania tych warunków atmosferycznych wpływają na organizm człowieka. Ta perspektywa środowiskowa pozostała dominującym wyjaśnieniem chorób epidemicznych aż do pojawienia się teorii zarazków pod koniec XIX wieku.

Meteorolodzy donieśli, że grypa nie zachowuje się jak choroba zakaźna, lecz jest skorelowana ze zmieniającymi się warunkami meteorologicznymi. Uznali model zarażenia za niewystarczający, ponieważ nie uwzględniał tempa rozprzestrzeniania się choroby (prawie jednocześnie w całych regionach), jej zasięgu (całe kraje i kontynenty), jej czasu (zbieżności ze zjawiskami atmosferycznymi) ani kierunku (konsekwentnie ze wschodu na zachód). Thomas Sydenham, znany jako „angielski Hipokrates”, wysunął teorię, że opary emitowane z ziemi zanieczyszczają atmosferę i oddziałują z takimi czynnikami fizycznymi, jak wilgotność, suchość, ciepło i zimno, zaburzając równowagę płynów w organizmie i powodując schorzenia takie jak grypa. Idea zarażenia stopniowo zanikała na przestrzeni wieków, a do połowy XIX wieku doktryna ta praktycznie zanikła, postrzegana jedynie jako relikt dziecinnych idei – aż do opublikowania przez Pasteura teorii zarazków w 1861 roku, która przywróciła do życia przestarzałą koncepcję.

Pytanie 8: Czym jest spontaniczne generowanie energii i dlaczego debata między Pasteurem i Pouchetem była tak ważna dla przyszłości medycyny?

Odpowiedź: Samorództwo to koncepcja, zgodnie z którą patogeny nie infekują organizmów z powietrza, lecz powstają z materii organicznej w odpowiedzi na zaburzenia, takie jak choroby czy utrata witalności. Teoria ta, po raz pierwszy zaproponowana przez Arystotelesa w 350 r. p.n.e., zakładała, że ​​życie może powstać ponownie bez rodziców: robaki z błota, szczury z brudu. Debata zaostrzyła się, gdy Félix-Archimède Pouchet przedstawił Francuskiej Akademii Nauk w 1858 r. eksperymenty, twierdząc, że zaobserwował samorództwo w sterylnych roztworach. Pouchet opisał „siłę plastyczną” w materii organicznej, która w pewnych warunkach mogła koncentrować się w mikroskopijne organizmy. Jego teoria była zgodna z koncepcją mikrozymy Béchampa: podstawowych jednostek obecnych w całej materii organicznej, które w odpowiedzi na bodźce środowiskowe przekształcają się w specyficzne patogeny.

Nie można przecenić wagi tej debaty: gdyby teoria samorództwa była prawdziwa, uczyniłaby teorię zarazków nie do utrzymania i wzmocniła teorię terenu. Zwolennicy teorii zarazków postrzegali samorództwo jako ostateczną przeszkodę do pokonania, podczas gdy przeciwnicy teorii zarazków widzieli w nim ostatnią twierdzę nadziei. Francuska Akademia Nauk ostatecznie przyznała Pasteurowi nagrodę w 1862 roku za eksperymenty z kolbami o łabędziej szyjce, które rzekomo obaliły teorię samorództwa, choć historycy sugerują, że Akademia stanęła po stronie Pasteura z powodów politycznych i religijnych, a nie naukowych. Co istotne, Pasteur nigdy bezpośrednio nie zaobserwował pojedynczego zarazka unoszącego się w powietrzu – po prostu zaobserwował skutek i postawił hipotezę jego przyczyny. Sam przyznał, że jego wyniki mogą wspierać obie strony sporu, a wielu naukowców, w tym Joly, Musset, Bastian i Reich, przez dziesięciolecia uzyskiwało wyniki eksperymentalne potwierdzające teorię samorództwa. Pytanie, czy kiedykolwiek wystarczająco obalono teorię samorództwa, pozostaje otwarte.

Pytanie 9: W jaki sposób choroby takie jak szkorbut, pelagra i beri-beri były kiedyś błędnie klasyfikowane jako zakaźne i jakie były ich prawdziwe przyczyny?

Odpowiedź: Szkorbut, pelagra i beri-beri były błędnie uznawane za choroby zakaźne, ponieważ ludzie żyjący w tym samym środowisku – na statkach, w więzieniach, szpitalach, sierocińcach – chorowali mniej więcej w tym samym czasie i mieli identyczne objawy. Po kilku miesiącach spędzonych na morzu u marynarzy wystąpiły krwawiące dziąsła, ruszające się zęby i zmiany skórne, co przekonało lekarzy marynarki wojennej, że szkorbut rozprzestrzenia się między ludźmi. Między 1500 a 1800 rokiem ponad dwa miliony marynarzy zmarło na szkorbut, podczas gdy lekarze nadal wierzyli w błędne wyjaśnienie. Podobnie, na początku XX wieku pacjenci z pelagrą wykazywali objawy takie jak zapalenie skóry, biegunka, demencja i zgony cyklicznie występujące wiosną, co doprowadziło do „pelagrafobii” w Stanach Zjednoczonych. Szpitale odmawiały przyjmowania pacjentów, pielęgniarki strajkowały zamiast ich leczyć, a dzieci nie szły do ​​szkoły, gdy członkowie rodziny chorowali. Lekarze podawali pacjentom arsen i rtęć, próbując zabić nieistniejącą bakterię.

Prawdziwymi przyczynami były niedobory żywieniowe. Szkorbut był wynikiem niedoboru witaminy C, spowodowanego brakiem świeżej żywności w diecie marynarzy. James Lind udowodnił to w połowie XVIII wieku, ale przekonanie o jego zaraźliwości przetrwało aż do początku XX wieku. Pelagra była spowodowana niedoborem niacyny (witaminy B3), co Joseph Goldberger wykazał eksperymentalnie, pokazując, że chorobę można wywołać „ubogą dietą” składającą się z mąki kukurydzianej, mięsa i melasy, a wyleczyć podając drożdże piwne. Beri-beri była spowodowana niedoborem tiaminy (witaminy B1), ale Robert Koch przekonał japońskich naukowców, że przyczyną jest zakaźny mikroorganizm, wprowadzając ich w błąd na lata. Teoria zarazków zacierała prawdę, powodowała niepotrzebne cierpienie, marnowała niezliczone zasoby i prowadziła do wykluczenia, izolacji i braku dostępu do opieki zdrowotnej – nie dlatego, że sami chorowali na choroby zakaźne, ale dlatego, że inni obawiali się ich występowania.

Pytanie 10: Co wydarzyło się w Minamata w Japonii w 1956 roku i w jaki sposób założenie o skażeniu opóźniło ustalenie rzeczywistej przyczyny?

Odpowiedź: W maju 1956 roku pięcioletnia dziewczynka została przyjęta do szpitala w Minamata, małej wiosce rybackiej liczącej około 50 000 mieszkańców, z nietypowymi objawami neurologicznymi, takimi jak drgawki, trudności z chodzeniem i zaburzenia mowy. W ciągu kilku dni podobne objawy wystąpiły u jej siostry i trzech innych osób. W kolejnych tygodniach i miesiącach zachorowali kolejni mieszkańcy wioski, a wiele ryb zaczęło pływać chaotycznie, zanim zdechło. Ptaki morskie straciły zdolność latania, a koty biegały w kółko jak szalone. Wybuch choroby miał wszystkie cechy choroby zakaźnej: po pierwszym przypadku coraz więcej osób w okolicy zapadało na podobne objawy. Krążyły pogłoski o wybuchu „dziwnej choroby zakaźnej”, prawdopodobnie zakaźnego zapalenia opon mózgowych, co wywołało panikę wśród mieszkańców.

Strach przed zarażeniem miał katastrofalne skutki. Mieszkańcy sąsiednich miast odrzucali mieszkańców Minamaty, co podkopywało długoletnie więzi społeczne. Domy dezynfekowano, chorych poddawano kwarantannie, ale choroba nadal się rozprzestrzeniała. Ustalenie przyczyny zajęło badaczom prawie trzy lata: lokalna firma nawozowa zrzuciła 27 ton metylortęci do zatoki Minamata, zanieczyszczając lokalne drogi wodne i zatruwając każdego, kto jadł ryby i skorupiaki. Pomimo oficjalnego ogłoszenia w 1963 roku, że to rtęć – a nie mikroorganizm – jest przyczyną choroby, przekonanie o jej zaraźliwości utrzymywało się latami, zmuszając ofiary do zapewniania innych, że nie są zaraźliwe. Ponad 900 osób zmarło, a dwa miliony cierpiało na przewlekłe problemy zdrowotne. Spojrzenie na świat przez pryzmat zarażenia sprzyjało fałszywym założeniom, opóźniało prawidłową diagnozę i zachęcało do nieludzkiego traktowania ofiar zatruć, które zawsze były czyste.

Pytanie 11: Co wykazały eksperymenty dr. Rodermunda nad ospą prawdziwą i dlaczego jego działania trafiły na pierwsze strony gazet w Stanach Zjednoczonych?

Odpowiedź: Dr Matthew Joseph Rodermund, amerykański okulista, był tak przekonany, że zarazki nie powodują chorób, że przeprowadził niezwykłe eksperymenty z ospą prawdziwą, chorobą uważaną za wysoce zaraźliwą. 21 stycznia 1901 roku Rodermund odwiedził młodą kobietę chorą na ospę prawdziwą, nakłuł jej twarz i ramiona, a następnie rozsmarował cuchnącą ropę na swojej twarzy, dłoniach, brodzie i ubraniu. Przeprowadził ten eksperyment dziesiątki razy w ciągu piętnastu lat, za każdym razem z wynikiem negatywnym. Nie myjąc się, wrócił do domu, zjadł obiad z rodziną, przeprowadził konsultacje w swoim biurze i grał w karty w lokalnym Klubie Biznesmenów, dotykając tego wieczoru twarzy i dłoni co najmniej dziesięciu osób.

Następnego dnia, wciąż pokryty ropą po ospie, Rodermund pojechał pociągiem do innego miasta, gdzie wmieszał się w tłum ludzi i zbadał kolejnych 27 pacjentów, dotykając ich twarzy i dłoni. W ciągu 48 godzin naraził siebie i co najmniej 37 niczego niepodejrzewających osób na kontakt z płynami ustrojowymi pacjenta z ospą. Kiedy wiadomość ta się rozeszła, został poddany kwarantannie pod nadzorem policji, uciekł, został ponownie aresztowany i zwolniony po czterech dniach, gdy policja nie znalazła dowodów pozwalających na postawienie mu zarzutów. Pomimo tego bezpośredniego narażenia, nie odnotowano ani jednego przypadku ospy, ani u Rodermunda, ani u osób, z którymi miał kontakt. Jego bohaterski czyn trafił na pierwsze strony gazet w całych Stanach Zjednoczonych i do dziś jest relacjonowany przez media. Wyniki zaprzeczyły fundamentalnemu założeniu, że ospa jest wysoce zaraźliwa i może być przenoszona poprzez kontakt z zakażonym materiałem.

Pytanie 12: Jaka jest standardowa metoda hodowli komórkowej stosowana do „izolowania” wirusów i jakie są jej podstawowe ograniczenia?

Odpowiedź: Standardowa metoda „izolowania” wirusów polega na pobraniu przefiltrowanych płynów ustrojowych od chorych pacjentów i dodaniu ich do hodowli komórkowej zawierającej komórki zwierzęce, antybiotyki, czynniki wzrostu i różne inne substancje. Kiedy komórki zwierzęce zaczynają się rozpadać i obumierać – zjawisko to nazywa się efektem cytopatycznym – wirusolodzy uznają to za dowód obecności wirusa i definiują ten proces jako „izolację wirusa”. Jeśli efekt cytopatyczny nie występuje, wirusolodzy stwierdzają, że wirus nie występuje, testują różne linie komórkowe, aż do momentu obumarcia komórek, dostosowują materiały i metody (pH, temperaturę, stężenie w surowicy) w celu wywołania obumarcia komórek lub zaszczepiają zdrowych ochotników surowym materiałem hodowlanym, aby sprawdzić, czy wystąpią objawy. Całe podejście opiera się na założeniu, że tylko wirusy mogą powodować obumieranie komórek w hodowli.

Podstawowym ograniczeniem jest to, że proces ten nie ma nic wspólnego z faktyczną izolacją. W języku potocznym izolacja oznacza oddzielenie jednej rzeczy od wszystkiego innego – proces subtraktywny. Hodowle komórkowe to złożone mieszaniny z licznymi dodatkami zmieszanymi razem. W kilku badaniach opisano efekty cytopatyczne w nieszczepionych hodowlach komórkowych – co oznacza, że ​​komórki obumierały, gdy hipotetycznie nie mógł być obecny żaden wirus – efekty, które mogą być spowodowane przez antybiotyki i inne składniki pochodzenia komórkowego. Wykazano, że antybiotyki zwiększają powierzchnię płytki nawet 50-krotnie, podważając wiarygodność testów płytki stosowanych do ilościowego oznaczania wirusów. Przy tak wielu substancjach w mieszaninie nie można stwierdzić, czy jedna, czy też ich kombinacja powoduje śmierć komórki. Wirusolodzy mogą błędnie wnioskować o obecności wirusa, gdy śmierć komórki jest spowodowana samą metodą, a nie przez patogen.

Pytanie 13: Czym jest efekt cytopatyczny i dlaczego opieranie się na nim w celu potwierdzenia obecności wirusów uważa się za problematyczne?

Odpowiedź: Efekt cytopatyczny odnosi się do rozpadu i obumierania komórek obserwowanych w hodowli, co wirusolodzy interpretują jako dowód obecności wirusa, który aktywnie niszczy komórki. Kiedy wirusolodzy dodają przefiltrowany materiał pochodzący od chorej osoby do hodowli komórkowej i obserwują obumieranie komórek, dochodzą do wniosku, że za to zniszczenie musi odpowiadać wirus. Cała dziedzina wirusologii w dużej mierze opiera się na tym zjawisku, ponieważ naukowcy uważają, że tylko wirusy mogą je powodować. Śmierć komórki staje się pośrednim dowodem obecności wirusów – zamiast bezpośrednio obserwować, oczyszczać i charakteryzować konkretną cząsteczkę wirusa, wirusolodzy wnioskują o jej istnieniu na podstawie obserwacji śmierci komórki.

Problem polega na tym, że efekty cytopatyczne występują nawet wtedy, gdy hipotetycznie wirus nie mógłby być obecny. Badania udokumentowały śmierć komórek w nieszczepionych hodowlach – kontrolach, które w ogóle nie otrzymały materiału wirusowego. Ta śmierć komórek może być spowodowana antybiotykami dodanymi do hodowli, niedoborami składników odżywczych lub różnymi innymi składnikami komórkowymi, nieodłącznie związanymi z samym procesem hodowli. Metoda ta została specjalnie zaprojektowana w celu wywołania śmierci komórek poprzez głodzenie i stres chemiczny, co uniemożliwia rozróżnienie komórek obumierających w wyniku tej metody od tych, które obumierają w wyniku działania wirusa. Prowadzi to do błędnego koła: wirusolodzy twierdzą, że wiedzą, że śmierć komórek jest spowodowana przez wirusa, ponieważ go wyizolowali, ale „wyizolowali” wirusa, obserwując śmierć komórki. Zmienna zależna (śmierć komórki) nie może wiarygodnie wskazywać zmiennej niezależnej (obecność wirusa), gdy ten sam efekt występuje bez wprowadzenia wirusa.

Pytanie 14: Co wydarzyło się w badaniu Endersa i Peeblesa z 1954 r. dotyczącym izolacji wirusa odry i dlaczego ich eksperyment kontrolny jest tak ważny?

Odpowiedź: W 1954 roku John Enders i Thomas Peebles opublikowali artykuł, w którym twierdzili, że wyizolowali wirusa odry. Ich metoda polegała na tym, że pacjenci chorzy na odrę płuczą gardło mlekiem, a następnie wypluwają je do pojemnika, dodają antybiotyki, odwirowują mieszaninę, a następnie rozprowadzają płynny składnik na hodowlach komórek nerkowych makaków rezus. Dodawali liczne substancje, w tym płyn owodniowy bydlęcy, ekstrakt z zarodków bydlęcych, surowicę końską, więcej antybiotyków, czerwień fenolową i trypsynę sojową. Kiedy komórki nerkowe małp zaczęły się rozpadać i obumierać, naukowcy twierdzili, że było to spowodowane obecnością cząsteczek wirusa w śluzie pacjentów chorych na odrę. Zmieszali ze sobą kilka kultur, zmielili je z aluminium, ponownie odwirowali, dodali materiał do nowych kultur, a kiedy te komórki również obumarły, ogłosili „seryjny pasaż” wirusa za udany.

Eksperyment kontrolny to miejsce, w którym badanie się rozpada. Enders i Peebles przeprowadzili kontrolę, dodając te same składniki do hodowli komórkowej, z wyjątkiem „zakażonego” śluzu pochodzącego od chorych pacjentów. Ta niezaszczepiona kontrola – która nie zawierała materiału odry – uległa degradacji dokładnie w ten sam sposób, co zaszczepiona hodowla, która zawierała śluz pochodzący od pacjentów chorych na odrę. Sami badacze przyznali, że czynnika cytopatycznego obecnego w niezaszczepionej hodowli nie dało się z całą pewnością odróżnić od „wirusa” w zaszczepionej hodowli. Kontrola dała taki sam wynik jak eksperyment, co oznacza, że ​​śmierci komórek nie można przypisać wirusowi odry. Pomimo tej fundamentalnej wady, Enders otrzymał już Nagrodę Nobla w 1954 roku za podobne badania nad polio, a ta metodologia stała się modelem izolacji wirusa stosowanym do dziś.

Pytanie 15: Czym są eksosomy i dlaczego niektórzy naukowcy twierdzą, że nie można ich jednoznacznie odróżnić od wirusów?

Odpowiedź: Egzosomy to małe cząsteczki, które komórki naturalnie wytwarzają i uwalniają w ramach normalnych procesów biologicznych, w tym komunikacji międzykomórkowej i usuwania produktów przemiany materii. Występują one we wszystkich płynach ustrojowych, a szczególnie obficie występują w drogach oddechowych zarówno osób zdrowych, jak i chorych. Kiedy wirusolodzy badają próbki pod mikroskopem elektronowym lub próbują oczyścić cząsteczki wirusowe za pomocą technik takich jak wirowanie w gradiencie gęstości, napotykają eksosomy obok tego, co uważają za wirusy. Cząsteczki te są strukturalnie i antygenowo podobne – tak podobne, że naukowcy jednoznacznie opisali je jako identyczne z domniemanymi cząsteczkami wirusowymi.

Niemożność odróżnienia egzosomów od wirusów stanowi fundamentalny problem dla wirusologii. Jeśli cząsteczki niewirusowe są nieodróżnialne od wirusów, niezwykle trudno jest potwierdzić, czy wirus rzeczywiście występuje w danej próbce. Cząsteczki grypopodobne obserwowano w nieszczepionych kulturach – kulturach, które nie powinny zawierać wirusów. Kiedy następnie zaszczepiono te kultury materiałem rzekomo zawierającym wirusa grypy, liczba tych samych cząsteczek wzrosła. Naukowcy opisali oryginalne cząsteczki jako identyczne z wirusem grypy, zarówno strukturalnie, jak i antygenowo. Oznacza to, że oczyszczone próbki zawierają cząsteczki, które mogą, ale nie muszą, być wirusami i nie ma wiarygodnego sposobu na ich oddzielenie. Według wirusologów w organizmie człowieka znajduje się już 380 bilionów cząsteczek wirusa, oprócz pół tuzina różnych rodzin wirusów w jamie ustnej i drogach oddechowych zdrowych osób, co dodatkowo komplikuje wszelkie próby ich rzeczywistej izolacji.

Pytanie 16: Jakie problemy logiczne wynikają z błędnego koła rozumowania, będącego nieodłączną częścią standardowych metod wirusologicznych?

Odpowiedź: Rozumowanie kołowe w wirusologii działa w następujący sposób: wirusolodzy twierdzą, że wiedzą, że śmierć komórki jest spowodowana przez wirusa, ponieważ go wyizolowali. Zapytani o to, jak wyizolowali wirusa, wyjaśniają, że zmieszali składniki i zaobserwowali śmierć komórki, co dowodzi obecności wirusa. Jest to błędne logicznie: wniosek opiera się na założeniu. Naukowcy nie mogą stwierdzić, że wirus wywołuje skutki cytopatyczne, zanim go nie wyizolują, ale nie mogą go wyizolować bez polegania na efektach cytopatycznych, aby potwierdzić jego obecność. Wskazywanie skutku i przypisywanie mu przyczyny bez niezależnej weryfikacji narusza podstawowe zasady rozumowania naukowego.

Problemy nasilają się, gdy wirusolodzy próbują uniknąć tego dylematu. Twierdzą, że potrafią oczyścić wirusy z hodowli komórkowych innymi metodami, co pozwala im zidentyfikować wirusa jako prawdziwą zmienną niezależną. Jednakże w niezaszczepionych hodowlach zaobserwowano cząsteczki grypopodobne, a kiedy naukowcy „oczyścili” wirusa grypy z zaszczepionych hodowli, te same cząsteczki były obecne obok tego, co uznali za wirusa. Z definicji próbka nie jest oczyszczona, jeśli obecne są inne cząsteczki. Jeśli próbka nie jest oczyszczona, wirusa nie można uznać za prawdziwą zmienną niezależną w żadnym eksperymencie. Jeśli naukowcy nie potrafią zidentyfikować prawdziwej zmiennej niezależnej, nie mogą określić jej rzeczywistego wpływu. Cała struktura twierdzeń przyczynowych opiera się na metodach, które nie są w stanie zapewnić pewności, jakiej wymagają te twierdzenia.

Pytanie 17: Jakie główne cechy pandemii grypy rosyjskiej z lat 1889–1890 zastanawiały ówczesnych lekarzy?

Odpowiedź: Pandemia rosyjskiej grypy wykazywała kilka anomalii, które przeczyły modelowi zarażenia. Najbardziej uderzający był wzorzec rozprzestrzeniania się: choroba rozprzestrzeniła się ze wschodu na zachód w całej Europie i poza nią w tempie przekraczającym wszystkie znane środki transportu. Epidemie wystąpiły niemal jednocześnie w odległych miejscach bez bezpośredniego kontaktu, w tym wśród odległych plemion indiańskich bez współczesnych połączeń transportowych. Niektórzy badacze sugerowali, że powódź na rzece Hwang Ho w Chinach pod koniec 1889 roku może wyjaśniać ten wzorzec: materia organiczna niesiona przez wody powodziowe wyschła na pył i została przeniesiona przez wschodnie prądy powietrza, rozprzestrzeniając się po Rosji i dając początek nazwie „chińskie zimno”.

Równie zagadkowy był obraz kliniczny choroby. Lekarze opisywali cztery różne postacie: oddechową, żołądkowo-jelitową, kataralną i neurologiczną. Objawy wahały się od łagodnej choroby układu oddechowego trwającej od czterech do pięciu dni do ciężkiej choroby z dysfunkcją wielu narządów, objawami neurologicznymi i wysypką skórną przypominającą szkarlatynę. Lekarze określali objawy jako „zmienne”, „sprzeczne” i „kameleonowate”. Dr Egerton Fitzgerald opisał dziesiątki pacjentów z zupełnie różnymi objawami, z których żaden nie przypominał grypy, a jednak u wszystkich zdiagnozowano grypę. Doszedł do wniosku, że rzadko zdarzają się dwa identyczne przypadki. Jeśli głównym założeniem teorii zarazków jest to, że jeden zarazek wywołuje jedną chorobę, to występowanie czterech różnych chorób o bardzo różnych objawach w rosyjskiej grypie stanowiło niewytłumaczalną sprzeczność, którą lekarze otwarcie przyznawali wówczas, ale nie byli w stanie jej rozwiązać.

Pytanie 18: Jakie nietypowe cechy pandemii grypy hiszpanki z 1918 roku utrudniły lekarzom diagnozę i wyjaśnienie objawów?

Odpowiedź: Pandemia grypy hiszpanki ujawniła trzy kluczowe osobliwości, które zaskoczyły lekarzy. Po pierwsze, grypa rozprzestrzeniła się ze wschodu na zachód na całym świecie w tempie niewytłumaczalnym dla transportu ludzkiego – ogniska choroby występowały niemal jednocześnie w odległych miejscach, nawet wśród odizolowanych populacji bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Po drugie, grypa nieproporcjonalnie częściej zabijała młodych, zdrowych mężczyzn w wieku od 20 do 40 lat niż osoby starsze, niemowlęta lub osoby z osłabionym układem odpornościowym – co było przeciwieństwem przewidywań teorii zarazków. Osoby z najsilniejszym układem odpornościowym, które powinny być najbardziej chronione, miały najwyższy wskaźnik śmiertelności. Po trzecie, żołnierze najbardziej narażeni na kontakt z pacjentami z grypą – personel medyczny leczący chorych – mieli najwyższy, a nie najgorszy wskaźnik przeżywalności.

Objawy wywołały dalsze zamieszanie. Opisano co najmniej cztery różne formy: normalną postać nieodróżnialną od grypy sezonowej, ciężką postać oddechową z zapaleniem płuc, postać żołądkowo-jelitową z nudnościami i wymiotami oraz postać gruźliczą przypominającą gruźlicę, w której pacjenci kaszleli krwią. Objawy były tak zróżnicowane, że lekarze mylili grypę hiszpankę z dżumą dymieniczą, tyfusem, dengą i cholerą. Podczas pierwszej fali lekarze na całym świecie zgłaszali objawy zbyt łagodne, by mogły być grypą; kolejne fale były tak poważne, że patolodzy stwierdzili, że nigdy nie widzieli płuc tak dużych, jak płuca zmarłych. Objawy bardzo przypominały zatrucie gazem fosgenowym – nic zaskakującego, zważywszy na to, że podczas I wojny światowej wyprodukowano ponad 150 000 ton gazu trującego, a pracownicy zakładów produkujących fosgen zapadali na grypę częściej niż pracownicy innych zakładów chemicznych.

Pytanie 19: Jakie eksperymenty dotyczące przenoszenia zakażenia wśród ludzi przeprowadziła Marynarka Wojenna USA podczas epidemii grypy hiszpanki i jakie były ich wyniki?

Odpowiedź: W szczytowym okresie pandemii grypy hiszpanki Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych i Służba Zdrowia Publicznego przeprowadziły serię eksperymentów na ludziach, aby ustalić przyczynę i sposób przenoszenia choroby. W eksperymentach wzięło udział ponad 160 marynarzy-ochotników, którzy uczestniczyli w 25 odrębnych badaniach przeprowadzonych w ciągu sześciu miesięcy w szpitalach objętych kwarantanną na wyspach Deer, Angel i Gallups. Wojsko współpracowało z ponad 50 starszymi oficerami Marynarki Wojennej, Naczelnym Lekarzem, naukowcami z różnych działów laboratoryjnych oraz profesorami z wiodących uniwersytetów, aby zapewnić, że eksperymenty spełniają najwyższe standardy. Pozostają one najbardziej kompleksowymi, dogłębnymi i dobrze kontrolowanymi badaniami nad transmisją między ludźmi, jakie kiedykolwiek przeprowadzono w historii medycyny.

Wyniki były niemal jednoznacznie negatywne. Na Deer Island zdrowym marynarzom podano czyste kultury pałeczki mononukleozy, rozpylono im do nosa i gardła niefiltrowaną wydzielinę śluzową, wkraplano im śluz do oczu i przewodów nosowych, pobierano próbki bezpośrednio od chorych pacjentów, podawano im podskórne zastrzyki filtrowanego śluzu, wstrzykiwano im krew od pacjentów z grypą i umieszczano ich bezpośrednio obok ciężko chorych pacjentów z grypą, którzy kaszleli i oddychali na nich przez dłuższy czas. Żaden mężczyzna nie zachorował podczas ośmiu eksperymentów z udziałem 62 ochotników. Podobne wyniki zerowe uzyskano na Angel Island i Gallups Island. Spośród 25 eksperymentów z udziałem 161 ochotników, tylko dwóch mężczyzn (1,2%) zachorowało na grypę, a jeden na chorobę grypopodobną. Lekarze przeprowadzający te eksperymenty nie potrafili wyjaśnić, dlaczego zarażenie zdrowych mężczyzn prawdopodobnie najbardziej zaraźliwą i śmiertelną pandemią w historii ludzkości okazało się prawie niemożliwe.

Pytanie 20: Czym była jednostka badawcza zajmująca się przeziębieniami i jakie efekty przyniosły prawie dwie dekady badań nad przenoszeniem przeziębienia?

Odpowiedź: Jednostka Badawcza Przeziębienia (CCRU) została założona w 1946 roku w Salisbury w Anglii, a jej misją było zidentyfikowanie przyczyny przeziębienia i znalezienie lekarstwa. Ośrodek składał się z 12 mieszkań, w których mogło mieszkać do 30 ochotników na 10-dniowe badania, reklamowane jako w pełni opłacone wakacje. Po przyjeździe ochotnicy byli poddawani kwarantannie i szczepieni „wirusem przeziębienia” lub placebo, często metodą pojedynczej lub podwójnej ślepej próby. Naukowcy obserwowali i rejestrowali objawy, a ochotnicy mogli oglądać telewizję, grać w gry i spacerować, pod warunkiem zachowania dystansu 9 metrów od innych.

Przez pierwsze sześć i pół roku wirusolodzy próbowali zarazić 20 różnych gatunków zwierząt przeziębieniem, w tym króliki, świnki morskie, szczury, myszy, fretki, świnie, jeże i kilka gatunków małp. Ich próby zakończyły się całkowitą porażką. Eksperymenty na ludziach nie wypadły lepiej. W jednym rygorystycznym eksperymencie uczestnicy z eksperymentalnie wywołanym przeziębieniem spędzili 10 godzin w pomieszczeniu ze zdrowymi osobami, ale żaden ze zdrowych uczestników nie zachorował. Chorzy uczestnicy zanieczyszczali pomieszczenia, zanim zdrowi uczestnicy weszli do środka, ale żaden z nich nie zachorował. Zdrowi ludzie byli zakażani i zakażani przez trzy godziny, ale nikt nie zachorował. Po ponad dekadzie poszukiwań personel CCRU przyznał, że jednym z ich największych wyzwań jest wywoływanie przeziębień u ludzi. Jeśli wirusy przeziębienia są „wysoce zaraźliwe” i „łatwo rozprzestrzeniają się” poprzez bliski kontakt, wykazanie tego powinno być proste. Zamiast tego naukowcy napotykali przeszkody na każdym kroku, a samo istnienie ośrodka było zagrożone przez brak wyników.

Pytanie 21: Co wykazały eksperymenty Paula Schmidta na temat związku między roztworem soli fizjologicznej, wydzielinami chorobowymi i rozwojem objawów?

Odpowiedź: W październiku 1920 roku Paul Schmidt opublikował pierwszą serię eksperymentów na ludziach po pandemii, badających przeziębienie i grypę sezonową. W jednym eksperymencie Schmidt zebrał wydzieliny śluzowe od 16 pacjentów z grypą, zmieszał je z roztworem soli fizjologicznej, przefiltrował mieszaninę i zaszczepił po jednej kropli do każdego oka 196 zdrowych uczestników. Dwudziestu jeden uczestników (10,7%) zachorowało na przeziębienie, a trzech (1,5%) na grypę. W drugim eksperymencie 84 zdrowym mężczyznom podano przefiltrowane wydzieliny śluzowe od 12 pacjentów z grypą, w wyniku czego u pięciu (5,9%) rozwinęła się grypa, a u czterech (4,7%) przeziębienie. Te umiarkowane wskaźniki dodatnie wydają się potwierdzać infekcję — dopóki nie zbadano grupy kontrolnej.

Wyniki Schmidta ujawniły coś wysoce problematycznego dla badań nad transmisją: roztwór soli fizjologicznej – obojętna, nieaktywna substancja – powodował wyższy odsetek objawów grypy niż rzekomo aktywne, chorobotwórcze wydzieliny. Odkrycie to stanowi poważny dylemat dla wszelkich badań nad transmisją między ludźmi. Oznacza to, że mieszając płyny ustrojowe z innymi pozornie neutralnymi składnikami, naukowcy nie są w stanie określić, która substancja wywołała objawy. Jeśli naukowcy chcą twierdzić, że zakaźny wirus wywołuje chorobę, muszą wykazać, że objawy występują częściej niż w przypadku obojętnych substancji, których używają jako grupy kontrolnej. Większość eksperymentów nad transmisją nie ma odpowiednich grup kontrolnych, aby przeprowadzić takie porównanie, co uniemożliwia wyciągnięcie jednoznacznych wniosków. Paradoks soli fizjologicznej Schmidta pozostał w dużej mierze nieomówiony, ale fundamentalnie podważa on ramy interpretacyjne stosowane do pozytywnych wyników w literaturze dotyczącej transmisji.

Pytanie 22: Dlaczego mediatory zapalne stanowią istotną zmienną zakłócającą w eksperymentach z transferem leków do organizmu człowieka?

Odpowiedź: Wydzieliny śluzowe osób chorych zawierają substancje chemiczne o działaniu zapalnym, w tym histaminę, prostaglandyny i bradykininę. Substancje te są wytwarzane przez organizm w celu wspomagania usuwania substancji drażniących z dróg oddechowych i występują w podwyższonych stężeniach podczas przeziębienia i grypy. Co istotne, gdy te mediatory zapalne dostaną się do dróg oddechowych zdrowych osób, powodują objawy nieodróżnialne od chorób zakaźnych: przekrwienie błony śluzowej nosa, kichanie, katar, ból gardła, kaszel i uczucie drapania w drogach oddechowych. Bradykinina jest wielokrotnie mniejsza niż cząsteczka wirusa, co oznacza, że ​​z łatwością przechodzi przez filtry Berkefelda, których pierwsi badacze używali do usuwania bakterii i „udowodnienia”, że za chorobę odpowiada coś mniejszego – prawdopodobnie wirus.

Tworzy to nierozwiązaną zmienną zakłócającą w eksperymentach nad transmisją. Kiedy naukowcy szczepią zdrowych ochotników przefiltrowanymi wydzielinami osób chorych, a u niektórych biorców rozwijają się objawy, badacze zakładają, że chorobę spowodował wirus. Jednak ten sam filtrat zawiera mediatory zapalne, o których wiadomo, że powodują identyczne objawy. Bez kontrolowania tych substancji — usuwania ich lub testowania oddzielnie — niemożliwe jest ustalenie, czy objawy są spowodowane wirusem, substancjami chemicznymi wywołującymi stan zapalny, czy kombinacją obu. Kruse, Foster, Dold i inni wczesni badacze nie byli tego świadomi, ponieważ mediatory zapalne zostały odkryte i zbadane dopiero dekady później. Gdyby o tym wiedzieli, ich wnioski, a być może również ich metody, prawdopodobnie byłyby inne. To samo zastrzeżenie rzuca cień na wszystkie badania nad transmisją, które nie wykluczają mediatorów zapalnych jako alternatywnego wyjaśnienia.

Pytanie 23: Jaki jest szerszy obraz, gdy przyjrzymy się ponad 200 eksperymentom dotyczącym przenoszenia wirusa na ludzi w całej historii medycyny?

Odpowiedź: Patrząc na całkowitą liczbę eksperymentów dotyczących transmisji wirusa na ludziach, wyłania się spójny schemat: większość badań nie wykrywa infekcji, a jeśli już, to odsetek przypadków pozytywnych jest żenująco niski. 25 eksperymentów Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych podczas pandemii grypy hiszpanki — jednych z najbardziej rygorystycznych, jakie kiedykolwiek przeprowadzono — zakończyło się zachorowaniem u mniej niż 2% ze 161 ochotników, pomimo bezpośredniego szczepienia wydzielinami zakażonymi, zastrzyków krwi i długotrwałego bliskiego kontaktu z ciężko chorymi pacjentami. Jednostka Badawcza ds. Przeziębienia (Common Cold Research Unit) przez prawie dwie dekady bezskutecznie próbowała niezawodnie przenosić przeziębienia między zwierzętami a ludźmi. Anna Williams, Mary Nevin i Caroline Gurley nie zaraziły żadnego z 45 uczestników; Robert Robertson i Robert Groves ponieśli porażkę ze 100 ochotnikami; Oscar Costa-Mandry i współpracownicy ponieśli porażkę z 18 mężczyznami. Ten schemat powtarza się w dziesiątkach eksperymentów udokumentowanych w historii medycyny.

Badania, które osiągnęły wyższe wskaźniki transmisji, obarczone są poważnymi wadami metodologicznymi. Zespół Yamanouchiego osiągnął wskaźniki zakażeń przekraczające 75% – najwyższe w historii – ale bez grup kontrolnych, losowego doboru próby, zaślepienia uczestników ani prawdziwej zmiennej niezależnej. Żadne inne badanie nie zbliżyło się do tych wyników. Najbardziej przekonujące dowody transmisji są powiązane z najmniej wiarygodnymi metodami. Tymczasem badania z lepszą metodologią konsekwentnie dają wyniki zerowe lub bliskie zeru. Współczesne eksperymenty nie wypadają lepiej: niedawne badanie z udziałem 127 uczestników osiągnęło 81% wskaźnik transmisji poprzez szczepienie laboratoryjne, ale gdy ci „zakażeni” ochotnicy zostali narażeni na kontakt z 75 zdrowymi uczestnikami w kontrolowanych warunkach, tylko u jednej osoby (1,3%) wystąpiły objawy, niezależnie od tego, czy nosiła sprzęt ochronny. Dowody, które powinny najwyraźniej wskazywać na transmisję z człowieka na człowieka, w rzeczywistości wskazują na jej brak.

Pytanie 24: Czym jest efekt nocebo i jakie dowody wskazują, że może on powodować objawy fizyczne, w tym objawy podobne do przeziębienia i grypy?

Odpowiedź: Efekt nocebo – po łacinie „szkodzę” – odnosi się do szkodliwych efektów fizycznych wynikających z leczenia bez substancji czynnych, wywołanych wyłącznie przez oczekiwania i sugestie. Podczas gdy efekt placebo opisuje korzystne skutki obojętnych metod leczenia, nocebo opisuje szkodliwe skutki tego samego mechanizmu. Efekty te są tak powszechne i silne, że wpływają na wyniki niemal wszystkich badań na ludziach, zmuszając naukowców do zaślepiania uczestników i badaczy, aby zmniejszyć ryzyko, że badani reagują na oczekiwania, a nie na faktyczne leczenie. Nocebo może pojawić się wewnętrznie poprzez wpływ na siebie lub zewnętrznie poprzez wpływ społeczny i może objawiać się w różnych formach, od bólów głowy, przez wypadanie włosów, aż po śmierć.

Dowody na to, że nocebo powoduje choroby, są znaczące. W jednym z badań naukowcy przymocowali elektrody do głów studentów i powiedzieli im, że impulsy elektryczne wywołają bóle głowy. Mimo że nigdy nie podano prądu, 71% pacjentów doświadczyło bólów głowy. U pacjentów onkologicznych, którym podano placebo w roztworze soli fizjologicznej, które ich zdaniem było chemioterapią, wystąpiły działania niepożądane związane z chemioterapią: u 31% wystąpiła utrata włosów, u 35% nudności, a u 22% wymioty. Mężczyzna, u którego zdiagnozowano nowotwór w stadium terminalnym, zmarł w ciągu kilku miesięcy, mimo że sekcja zwłok wykazała jedynie dwucentymetrowy guz. Jego lekarz przyznał, że nie był pewien przyczyny zgonu, ale spekulował, że oczekiwanie na raka okazało się śmiertelne. Guzy innego pacjenta zniknęły po leczeniu, które uważał za skuteczne, powróciły, gdy otrzymał negatywne informacje na temat leczenia, zniknęły ponownie po zastrzykach placebo, które uważał za leki w dużych dawkach, a następnie powróciły śmiertelnie, gdy dowiedział się, że leczenie jest definitywnie nieskuteczne. Lekarze wiedzą od ponad 100 lat, że nocebo może powodować grypę i przeziębienia.

Pytanie 25: Czym jest masowa choroba psychogenna i w jaki sposób może ona powodować rozprzestrzenianie się objawów w populacji bez obecności patogenu?

Odpowiedź: Masowa choroba psychogenna, zwana również masową histerią lub zarażeniem histerycznym, odnosi się do zespołu objawów, które szybko rozprzestrzeniają się w grupie ludzi bez znanej przyczyny patologicznej. Jest to skrajny przypadek nocebo, spowodowany szybkim i powszechnym zarażeniem społecznym – transmisją treści psychicznych, procesów psychologicznych lub stanów fizjologicznych między ludźmi. Gdy każda dotknięta osoba zaraża więcej niż jedną inną osobę, wzrost wykładniczy prowadzi do epidemii nieodróżnialnej od wybuchu choroby zakaźnej. Samo przekonanie, że ludzie zostali narażeni na coś niebezpiecznego, wystarcza, aby wywołać chorobę epidemiczną, co utrudnia odróżnienie masowej choroby psychogennej od bioterroryzmu, ekspozycji na toksyny lub wybuchów epidemii wywołanych przez patogeny.

Uderzający przykład miał miejsce w Belgii w 1999 roku, kiedy u uczniów wystąpiły objawy po wypiciu coli. Między 8 a 20 czerwca na infolinię zatruć zgłoszono ponad 1400 telefonów. Analiza chemiczna wykazała obecność siarkowodoru i fungicydu w stężeniach zbyt niskich, aby wywołać skutki toksyczne. Chociaż początkowy wybuch epidemii w szkole mógł być spowodowany rzeczywistym skażeniem, naukowcy doszli do wniosku, że „rozprzestrzenienie się” na inne szkoły było masową chorobą psychogenną wywołaną przez karetki pogotowia i ratowników, uczniów gromadzących się na przerwach, szerzenie strachu i rozległe relacje medialne. Firma wycofała 15 milionów przypadków i zamknęła trzy fabryki, ale objawy rozprzestrzeniały się nie przez czynnik zakaźny, a przez wiarę. Te przykłady pokazują, że choroby epidemiczne mogą wydawać się identyczne z chorobami zakaźnymi, a jednocześnie mieć czysto psychologiczne przyczyny. Stanowi to wiarygodne alternatywne wyjaśnienie, w jaki sposób przeziębienia i grypa mogą rozprzestrzeniać się bez obecności patogenów.

Pytanie 26: Jaką rolę odgrywają wilgotność i temperatura w sezonowym wzorcu chorób układu oddechowego?

Odpowiedź: Zmiany temperatury i wilgotności są tak silnie skorelowane z aktywnością grypy w klimacie umiarkowanym, że agencje rządowe mogą przewidywać epidemie, po prostu monitorując wilgotność bezwzględną. Gdy wilgotność bezwzględna spada poniżej progu 8-12 gramów na metr sześcienny, istnieje wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia epidemii w ciągu miesiąca. Każde 0,5 grama poniżej tego progu zwiększa ryzyko zachorowania na grypę o 58%. Spadek temperatury i wilgotności bezwzględnej zazwyczaj poprzedza początek grypy sezonowej i epidemicznej, podczas gdy wzrost sygnalizuje koniec sezonu grypowego. Zależność ta nie ogranicza się do określonego poziomu, ale raczej do samej zmiany: względny spadek zaburza funkcjonowanie organizmu w sposób, w jaki nie robią tego stale niskie temperatury, co może wyjaśniać, dlaczego eksperymenty polegające na wystawianiu ludzi na stale niskie temperatury nie powodowały choroby.

Przeważającym wyjaśnieniem są wirusy: wraz ze spadkiem wilgotności, wirusy rzekomo przeżywają dłużej, kropelki oddechowe pozostają zawieszone w powietrzu i rozprzestrzeniają się dalej, a oddychanie zimnym, suchym powietrzem osłabia obronę przed infekcją. Klimat tropikalny przedstawia jednak sprzeczność: ludzie chorują, gdy powietrze staje się ciepłe i wilgotne, a nie zimne i suche, co oznacza, że ​​wirusy powinny być maksymalnie zakaźne w kontrastujących warunkach w różnych strefach klimatycznych. Alternatywne wyjaśnienie koncentruje się na tym, jak zmiany temperatury i wilgotności wpływają na pH dróg oddechowych i funkcję śluzowo-rzęskową. Zmiany temperatury i wilgotności powietrza wpływają na pH wydychanego powietrza o co najmniej 0,5 punktu i wpływają na naturalnie występujące związki atmosferyczne, takie jak dwutlenek siarki, których jest cztery do sześciu razy więcej zimą, gdy wzrasta zużycie paliw kopalnych. Niskie temperatury zaburzają zdolność termoregulacji i bezpośrednio wpływają na prawidłowe funkcjonowanie dróg oddechowych, niezależnie od jakiegokolwiek mechanizmu wirusowego.

Pytanie 27: Jaki jest związek zanieczyszczenia powietrza, zwłaszcza cząstek stałych, z chorobami układu oddechowego i objawami grypopodobnymi?

Odpowiedź: Zanieczyszczenie powietrza zabija około 10,2 miliona ludzi rocznie, czyli więcej niż 9,6 miliona zgonów spowodowanych rakiem każdego roku. Pyły zawieszone, najbardziej szkodliwe zanieczyszczenie powietrza, odnoszą się do ultradrobnych cząstek stałych i ciekłych zawieszonych w powietrzu, mierzonych jako drobne (średnica ≤2,5 mikrometra) i grube (≤10 mikrometrów). Z każdym wzrostem stężenia o 50–150 mikrogramów na metr sześcienny powyżej bezpiecznego limitu, ryzyko infekcji dróg oddechowych podwaja się, a ryzyko wystąpienia objawów grypopodobnych znacznie wzrasta do czterech tygodni po osiągnięciu najwyższego stężenia. Wiodące organy ds. zdrowia zalecają narażenie na poziomie mniejszym niż 5 mikrogramów na metr sześcienny, ale w 2021 roku żaden kraj nie spełnił tego standardu, a tylko 0,001% populacji światowej było narażone na stężenia równe lub niższe od tego progu.

Zimowe inwersje temperatury zatrzymują zimne powietrze pod ciepłym, działając jak pokrywa dla gromadzenia się cząstek stałych. W styczniu 2013 r. inwersja temperatury nad północnymi Chinami spowodowała wzrost stężenia cząstek stałych z 24 do 375 mikrogramów na metr sześcienny w ciągu kilku dni — ponad 45 razy więcej niż zalecany dzienny limit — potencjalnie czterokrotnie zwiększając ryzyko infekcji dróg oddechowych. W ciągu kilku tygodni Chiny zostały dotknięte epidemią grypy. Eksperci obwiniali nowego wirusa ptasiej grypy H7N9, pomijając jednocześnie astronomiczne poziomy zanieczyszczenia. Podobny scenariusz rozegrał się w styczniu 2020 r., kiedy to duże chińskie miasta odnotowały poziomy zanieczyszczenia przekraczające 200 mikrogramów na metr sześcienny z powodu częstych inwersji temperatury. Na każdy 1 mikrogram wzrostu śmiertelność z powodu SARS-CoV-2 wzrosła o 8%. Nasilenie tej pandemii było ściśle związane z zanieczyszczeniem powietrza. Powstaje pytanie: w jakim stopniu ludzie chorują z powodu wirusa i w jakim stopniu reagują na zanieczyszczone powietrze?

Pytanie 28: Jaka jest hipoteza dr. Volneya Cheneya dotycząca pH i jakie dowody eksperymentalne ją potwierdzają?

Odpowiedź: Dr Volney Cheney zaproponował, że zmiany pH dróg oddechowych powodują przeziębienia i grypę, opierając się na eksperymentach, które przedstawił Amerykańskiemu Stowarzyszeniu Zdrowia Publicznego w 1927 roku. Przez 11 lat Cheney przeprowadzał eksperymenty na ludziach, próbując zarazić tysiące zdrowych osób przeziębieniem, szczepiąc je płynami ustrojowymi osób chorych. Każda próba zakażenia kończyła się niepowodzeniem. Jednak tym, co nigdy się nie zawiodło, było szczepienie ludzi amoniakiem lub chlorkiem wapnia — niezawodnie powodowało to przeziębienia i grypę u zdrowych uczestników. Co jeszcze bardziej niezwykłe, Cheney odkrył, że może wyleczyć przeziębienia wywołane eksperymentalnie, podając duże dawki wodorowęglanu sodu, doustnie lub doodbytniczo, co dwie godziny przez sześć godzin. Kilku innych naukowców opublikowało od tego czasu podobne wyniki, lecząc przeziębienia i grypę wodorowęglanem sodu podawanym doustnie, doodbytniczo lub donosowo.

Cheney wysunął teorię, że warunki klimatyczne zaburzają równowagę elektrolitową krwi, zmniejszając w organizmie rezerwy substancji zasadowych, takich jak wapń, magnez, potas i wodorowęglany. Prowadzi to do łagodnej kwasicy, objawiającej się kwaśnym moczem i wydzieliną z nosa – próbą organizmu usunięcia nadmiaru kwasu i przywrócenia optymalnej równowagi. W normalnych warunkach płyn na powierzchni dróg oddechowych utrzymuje pH między 6,9 a 7,1, chroniąc komórki nabłonka, utrzymując rzadką wydzielinę śluzową i zapewniając skuteczne oczyszczanie śluzowo-rzęskowe. Gdy pH spada poniżej 6,9, komórki nabłonka ulegają uszkodzeniu, śluz gęstnieje, a oczyszczanie jest zahamowane. Gromadzą się cząstki stałe, a jeśli kwaśne warunki utrzymują się dłużej niż 24 godziny, komórki nabłonka oddechowego zaczynają obumierać i złuszczać się – cecha ta przypisywana jest infekcjom wirusowym. Następnie organizm uwalnia substancje chemiczne wywołujące stan zapalny, aby pomóc w usunięciu produktów przemiany materii, powodując objawy identyczne z objawami przeziębienia i grypy, jednak za pośrednictwem mechanizmu zupełnie niewirusowego.

Pytanie 29: W jaki sposób objawy ze strony układu oddechowego mogą być wyrazem procesu detoksykacji, a nie choroby zakaźnej?

Odpowiedź: Słowo „wirus” pochodzi od łacińskiego słowa oznaczającego toksynę lub truciznę. Przez wieki wirusy były definiowane w słownikach angielskich jako „trująca substancja wytwarzana w organizmie w wyniku choroby”. Dopiero w połowie XX wieku, w wyniku postępów w wirusologii, definicja ta została zmieniona na „mały, bezkomórkowy pasożyt obligatoryjny”. Jeśli pierwotna definicja jest poprawna, choroby zakaźne mogłyby być spowodowane toksynami i truciznami atakującymi organizm, a nie niewidzialnymi pasożytami. Współcześni ludzie są narażeni na bezprecedensowe poziomy szkodliwych substancji chemicznych w powietrzu, wodzie, żywności, tekstyliach, lekach, kosmetykach, urządzeniach, meblach i materiałach budowlanych. Chociaż społeczeństwo ma obsesję na punkcie zarazków zakaźnych, pozostaje w dużej mierze obojętne na toksyny obecne w niemal każdym spożywanym i używanym produkcie.

Objawy takie jak kaszel, kichanie, śluz i katar służą do usuwania toksyn, ciał obcych i innych czynników drażniących z dróg oddechowych. Tak jak drzewa liściaste zrzucają liście jesienią, aby przetrwać zimę – zmniejszając w ten sposób utratę wody, oszczędzając energię i zapobiegając uszkodzeniom spowodowanym przez lód – ludzki organizm może pozbyć się części swojego układu oddechowego w odpowiedzi na nagromadzone odpady. Depresja i lęk są coraz częściej postrzegane jako reakcje adaptacyjne, a nie zaburzenia; podobnie objawy przeziębienia i grypy mogą być postrzegane jako prymitywne próby pozbycia się z organizmu nagromadzonych substancji. Kiedy powierzchnia dróg oddechowych staje się kwaśna z powodu zanieczyszczeń, wahań temperatury lub nierównowagi w diecie, komórki obumierają, a organizm przechodzi w stan nadaktywności, uwalniając substancje chemiczne wywołujące stany zapalne. Zamiast postrzegać te objawy jako choroby, z którymi należy walczyć, mogą one być oznaką, że organizm jest zaangażowany w naturalny proces detoksykacji – mechanizm obronny, który okresowo oczyszcza organizm w coraz bardziej toksycznym środowisku.

Pytanie 30: Jakie są szersze implikacje, jeśli dowody na obecność wirusów i infekcji są tak słabe, jak sugerowano?

Odpowiedź: Jeśli wirusy nie powodują chorób w opisany sposób, jeśli infekcja nigdy nie została wiarygodnie wykazana, a wirusy mogą nie istnieć w opisany sposób, implikacje wykraczają daleko poza medycynę akademicką. Waga dostępnych dowodów na istnienie drobnoustrojów chorobotwórczych jest nieproporcjonalna do siły i szacunku, jakie ludzie przypisują tej idei. Pomimo braku poparcia dla jej podstawowych założeń, teoria zarazków ogranicza wszystkie aspekty współczesnego życia i wymyka się krytycznej analizie. Inicjatywy zdrowia publicznego oparte na infekcjach – lockdowny, kwarantanny, maseczki, dystans społeczny – mogą nie tylko nie zapobiegać chorobom, ale także aktywnie podważać zdrowie, zakłócając konsumpcję, aktywność fizyczną, socjalizację, sen i konstruktywne myślenie. Populacje stają się grubsze, słabsze, bardziej samotne, bardziej zmęczone i bardziej neurotyczne, próbując powstrzymać epidemie za pomocą środków, które niweczą te same czynniki stylu życia, które utrzymują ludzi w odporności.

Narracja o zarażeniu jest psychologicznie toksyczna. Sprawia, że ​​ludzie boją się niewidzialnego wroga, są nieufni wobec innych i uzewnętrzniają problemy i rozwiązania zamiast brać na siebie osobistą odpowiedzialność. Zachęca ich do postrzegania siebie jako bezbronnych ofiar czekających na ratunek, a nie jako osób z poczuciem sprawczości, zdolnych do decydowania o własnym zdrowiu. Badania nocebo pokazują, że wiara w zakaźne zarazki może sama w sobie powodować choroby, gdy w krytycznych momentach dają o sobie znać długotrwałe uwarunkowania. Gdyby społeczeństwo zmieniło swoją narrację, ludzie mogliby przejąć kontrolę nad swoim życiem i wypracować wzorce sprzyjające zdrowiu. Z perspektywy czasu wydaje się barbarzyństwem, że osoby ze szkorbutem i pelagrą były traktowane jak trędowaci, mimo że zawsze były czyste. Z perspektywy czasu przeszłe błędy są oczywiste. Pytanie brzmi: które choroby, nadal uważane dziś za zakaźne, mogą takimi nie być i jakie cierpienie utrwalamy, popełniając te same błędy?