77-latek, gdy jeszcze był aktywny zawodowo, prowadził usługi hotelarskie, ale kilka lat temu zrezygnował z tej działalności i przeszedł na emeryturę. Swoje zaplecze hotelarskie chciał wykorzystać, gdy do Polski zaczęli napływać uchodźcy. Aby to zrobić, musiał jednak ponownie zarejestrować działalność, a po półtora roku przypomniał sobie o nim Urząd Skarbowy. Zażądano od niego zapłaty 36 800 złotych. 

Skarbówka domaga się odprowadzenia podatku w skali 8,5 proc. od przychodu, czyli 70 złotych dziennie, które pan Marian otrzymuje z racji tego, że przyjął uchodźców. Taki bowiem wyliczono dzienny koszt utrzymania uchodźcy, który pokrywa rząd. W skali miesiąca to 2100 zł, które zresztą – według emeryta – jest niewystarczające.

– Ta kwota po półtora roku, to dalej jest 70 złotych. Choć inflacja 20 procent, prąd podrożał 300 procent, gaz 250 procent, jedzenie… – wymienia w rozmowie z Polsatem.

Zamieszanie wokół podatku. Różne interpretacje prawa

Kwota, którą otrzymuje od rządu, jest zwolniona z podatku dochodowego i objęta zerową stawką VAT, ale nie jest zwolniona z podatku VAT od świadczonej usługi hotelarskiej. Dlatego fiskus domaga się wspomnianej wcześniej należności.

Prawnik Bartosz Graś w rozmowie z Polsatem przyznaje, że rzeczywiście skarbówka ma podstawy, żeby tak interpretować przepisy. Odpowiedzialnością za zamieszanie obarcza urzędników miejskich, którzy wprowadzili go w błąd, dodając zapisy o zwolnieniu z podatku.  

Pan Marian opowiada w rozmowie z Polsatem, że choć z własnych oszczędności finansuje byt uchodźcom, to nie chce się z nimi rozstawać i czuje do nich przywiązanie. – Niektórzy do dzisiaj są, to już półtora roku i dalej tę działalność prowadzę, mimo że czuję się oszukany – mówił Polsatowi.

Zarówno władze Ciechocinka, jak i Krajowa Izba Skarbowa nie odpowiedziały na pytania Polsatu.

źródło :next.gazeta.pl