Musimy liczyć na NATO

W obliczu konfliktu ukraińsko-rosyjskiego, w Polsce coraz częściej mówi się o możliwym wpływie tej sytuacji na nasz kraj i wynikających z niej ewentualnych zagrożeniach dla kraju nad Wisłą w przyszłości. – Państwa, chcąc chronić się przed wojną, mają trzy główne wyjścia: odstraszanie jądrowe, zdolność do podjęcia nieregularnej wojny partyzanckiej i udział w sojuszach międzynarodowych – tłumaczy dr Grzegorz Kostrzewa-Zorbas i dodaje, że Polska może skorzystać tylko z ostatniej opcji.

– Z polskiego punktu widzenia wojna asymetryczna nie jest możliwa. Mamy zbyt mało naturalnych przeszkód dla przeciwnika, mało schronień dla partyzantki, nie licząc gęsto zabudowanych miast. Znajdujemy się na geostrategicznej osi, która, patrząc z perspektywy historycznej, jest wylęgarnią wojen światowych. Poza tym, nie mamy naturalnych granic od wschodu do zachodu – mówi rozmówca Onetu.

W teorii w grę wchodzi jeszcze odstraszanie jądrowe, od którego jednak nasz kraj odstąpił, pozostając stroną układu o nierozprzestrzenianiu tej broni. W związku z tym, jak zauważa politolog, „jedyną skuteczną metodą dla Polski 2014 r. jest udział w potężnym sojuszu polityczno-wojskowym, czyli NATO, które jest najpotężniejsze i nie zdradza innych członków”. – Takiej sytuacji w historii jeszcze nie było – zauważa dr Kostrzewa-Zorbas.

Tajny plan dla Polski. „Jeden błąd oznacza katastrofę”

W przypadku inwazji Rosji na Polskę NATO opracowało ściśle tajny plan, który w niewielkiej części został ujawniony przez WikiLeaks, a opublikowany przez brytyjski dziennik „The Guardian” w 2010 roku. Operacja nosi nazwę „Eagle Guardian” (tłum. Orzeł Opiekun).

Dziewięć dywizji NATO – amerykańskie, brytyjskie, niemieckie i polskie – zostałyby desygnowane do działań bojowych na wypadek zbrojnej agresji przeciwko Polsce i/lub trzech państw bałtyckich takich jak Litwa, Łotwa i Estonia. Ponad trzy lata temu „The Guardian” donosił, że w przypadku zagrożenia porty północnej Polski i Niemiec byłyby dostępne dla sił desantowych oraz brytyjskich i amerykańskich okrętów wojennych.

W owianych tajemnicą negocjacjach Polski z USA sprzed kilku lat, Stany Zjednoczone miały zaoferować także wzmocnienie bezpieczeństwa polskiego w kontekście rosyjskiej ekspansji na Zachód poprzez wprowadzenie specjalnych sił morskich do bałtyckich portów w Gdańsku i Gdyni, stacjonowanie eskadry myśliwców F-16 na terenie naszego kraju oraz obecność transportowych samolotów typu Lockheed C-130 Hercules, które miałyby przylatywać do kraju nad Wisłą z amerykańskich baz w Niemczech.

– WikiLeaks rzadko ujawnia informacje typu „top secret”. Przedstawiono jedynie ogólną konstrukcję. Przeciek jest jednak niesprawdzalny, to może być w ogóle nieprawda. Prawdą jest jednak, że istnieją takie plany, ale szczegóły zmieniają się w czasie – twierdzi dr Kostrzewa-Zorbas.

Czy w przypadku ataku na Polskę, plan ten zostałby zrealizowany? – Bez wątpienia. Stawką jest wiarygodność NATO i USA. Jeden błąd oznacza katastrofę i byłby jego końcem, a raz utracone zaufanie trudno odbudować. Zachód – od najmniejszych do największych państw – ma bardzo dużo do stracenia – przekonuje amerykanista.

Strategiczny obszar Rosji. Rakiety wycelowane

W przypadku inwazji strategiczne znaczenie dla Rosji miałby obwód kaliningradzki. Od czasu do czasu w mediach przewijają się informacje, że znajdują się tam rakiety krótkiego zasięgu Iskander, które miałyby być wycelowane na Warszawę. – Stany Zjednoczone mają naprawdę duży potencjał wywiadowczy i, według ich wiedzy, rakiet Iskander tam nie ma, ale prawdą jest, że zawsze można je w ciągu kilku dni przetransportować.

Informacja niemieckiego „Bilda” o rzekomym umieszczeniu tego typy broni w obwodzie kaliningradzkim i „mgliste reakcje” na nią strony rosyjskiej mają, zdaniem polskich dygnitarzy, za cel przestraszyć społeczeństwa Niemiec i Polski, by opinia publiczna wymusiła na politykach porzucenie planów budowy w naszym kraju amerykańskiej tarczy antyrakietowej i natowskiego systemu obrony przeciwrakietowej.

To też jeden z punktów projektu „Eagle Guardian”. Skonstruowany przez administrację George’a W. Busha został jednak storpedowany przez otoczenie prezydenta Baracka Obamy w imię „resetu” stosunków z Rosją. Tymczasem podczas wtorkowej wizyty w Polsce wiceprezydent Joe Biden zapewnił o chęci realizacji pierwotnych zamierzeń. Oznacza to, że pierwsze elementy tarczy antyrakietowej w naszym kraju mają pojawić w 2018 roku.

Co więcej, jak przekonuje dr Kostrzewa-Zorbas, na sąsiadującym z Polską terenie Rosji jest gęsta koncentracja lotnisk, samolotów bojowych i rakiet przeciwlotniczych, których graniczny zasięg to nie tylko cele nad Warszawą, ale także lotniska w centralnej Polsce (np. 32. Baza Lotnictwa Taktycznego w Łasku), gdzie stacjonują polskie F-16 jak i samoloty transportowe. W grę wchodzi także lotnisko Poznań-Ławica. – To jest bardzo groźne. W zasięgu rakiet przeciwlotniczych są także porty wojenne i porty cywilne Trójmiasta oraz Pomorza Zachodniego – wymienia wykładowca WAT w rozmowie z Onetem.

„To byłoby groźne dla Polski”

Obwód kaliningradzki jest rosyjską eksklawą, a zatem terytorium oderwanym od reszty państwa, ze wszystkich trzech stron otoczony przez NATO (Polska, Litwa, Morze Bałtyckie). – To słabość tego terenu i Rosji. W przypadku wojny obszar ten zostałby szybko odcięty. Zaatakowano by potencjał wojskowy. NATO ma strategię ofensywną, przenosi wojnę na terytorium przeciwnika. Geopolityczna słabość terenu ujawniłaby się już po pierwszych uderzeniach. Potencjał wojskowy i wywiadowczy obwodu kaliningradzkiego byłby groźny dla Polski, gdyby ta była w walce osamotniona, ale nie będzie – przekonuje dr Grzegorz Kostrzewa-Zorbas.

Dowodem mają być chociażby przeprowadzone jesienią 2013 roku głównie w Polsce i na Bałtyku największe w historii ćwiczenia Sił Reagowania NATO – Steadfast Jazz 2013. Uczestniczyły w nich wojska lądowe, lotnicze, morskie i specjalne wszystkich 28 państw członkowskich i trzech krajów partnerskich, w tym naszego sąsiada – Ukrainy.

(KT;RC)

onet.pl