Regularnie ktoś gdzieś pisze w ostatnich miesiącach, że w obecnej sytuacji „trzeba zaufać rządowi” i że „rząd wie co robi”. Serio?

Przedwczoraj rząd poinformował, że przedszkola będą nieczynne do 24 maja, a wczoraj, że będą czynne od 6 maja. Rząd poinformował też, że od 4 maja będą czynne centra handlowe, a rozgrywki piłki nożnej – i to bez udziału publiczności – mogą być organizowane dopiero od 27 maja. Gdyby ktoś nie wiedział: w największych centrach handlowych w Polsce bywa DZIENNIE ok. 200 000 osób (a w takich bardzo średnich ok. 50 000 osób). Najwyższa frekwencja na ligowym meczu piłki nożnej to w Polsce w ostatnich latach ok 35 000 osób, a średnio jest to ok. 10 000 osób. Co więcej, piłkarze, żeby grać, muszą przez 30 dni siedzieć na kwarantannie. Ciekawe, że obsługa sklepów w centrach handlowych nie musi.

Każdy rząd, a polskie rządy szczególnie, regularnie udowadnia, że nie za bardzo wie co robi, a jeśli już wie, to raczej działa w interesie swojego przetrwania niż w rzeczywistym interesie państwa jako takiego. I nagle teraz, w momencie prawdopodobnie największego kryzysu społeczno-gospodarczego od roku 1929, czyli od 91 lat, mamy nagle wierzyć, że rząd wie, co robi? Bez żartów.

Rządy podejmują decyzje z dwóch kluczowych powodów:
1) polityki wewnętrznej – czyli np. zbliżających się wyborów (zrobimy to, co podoba się wyborcom, niezależnie od tego, czy ma to sens) albo ze względu na działania opozycji (podejmuje się działania mające odebrać opozycji „ich” działania i argumenty, realizując je samemu, niezależnie od tego, czy są sensowne).
2) polityki partyjnej – tak, żeby członkowie partii tworzących rząd byli zadowoleni, żeby były dla nich stanowiska, i żeby realizować interesy bliskich im grup społecznych czy kapitałowych.

I takie są dwie główne motywacje działania KAŻDEGO rządu. Wiara w to, że „rząd wie, co robi”, jeśli mamy na myśli dobro całego państwa jako takiego, jest zupełnie niczym nieuzasadniona.

Przyjęte przez nasz rząd rozwiązania dotyczące walki z koronawirusem:

1. W żaden sposób nie rozwiązują problemu istnienia koronawirusa – nie będzie żadnej masowej odporności na ten patogen, w przeciwieństwie do np. masowej odporności na wirus grypy.
2. Obecny sposób zwalczania koronawirusa jest niemożliwy do utrzymania na dłuższą metę – nie ma sensu tu nawet tłumaczyć, że kolejny miesiąc czy dwa siedzenia w domu spowoduje taką zapaść gospodarczą i bezrobocie, że będziemy się z tego zbierać przez 10 lat.
3. Za miesiąc czy nawet dwa, osób chorych wcale nie będzie mniej niż 2 tygodnie temu, nie znikną więc powody, dla których rząd wprowadził blokadę wszystkiego. Zatem albo blokada będzie trwałą dalej, albo nagle okaże się, że przy 100 chorych wcale nie trzeba było wprowadzać blokady. Tylko kto wtedy odpowie za jej wprowadzenie? No przecież wiadomo, że nikt.

Napisałem ze 3 tygodnie temu, że strategia rządu zmieni się nie wtedy, kiedy zniknie koronawirus, bo on nie zniknie jeszcze przez wiele miesięcy, tylko zmieni się wtedy, kiedy nastroje społeczne zaczną się pogarszać, a ludzie zwyczajnie będą mieli dość całego lockdown’u (no a przecież mamy rok wyborczy, więc trzeba nastroje poprawiać). I dokładnie to teraz obserwujemy: osób chorych mamy 10 000, ale znosimy ograniczenia, które wprowadzaliśmy, mając 100 zarażonych.

Oczywiście tak naprawdę nigdy nie wiedzieliśmy, ilu mamy faktycznie zarażonych, bo odnotowujemy tylko przypadki stwierdzone, a jak wykazały badania amerykańskie, osób, które miały przeciwciała koronawirusa jest prawie 20 razy więcej, niż tych, u których stwierdzono chorobę (czyli jeśli odnotowaliśmy 10 000 przypadków, to faktycznie zarażonych mamy prawdopodobnie ok. 200 000 tysięcy). I teraz nagle wiedząc to wszystko, dochodzimy do wniosku, że jednak można odmrażać gospodarkę.

I żeby było jasne: ja się z tego odmrażania bardzo cieszę, i uważam, że żadne zamrażanie na taką skalę nie powinno mieć miejsca (a jak mi tu ktoś napisze coś w stylu „chcesz zabić wszystkich staruszków” to banuję bez ostrzeżenia), tylko błagam, niech mi nikt nie tłumaczy, że wszystkie decyzje rządu w czasach owej pandemii opierają się o jakieś logiczne przesłanki, bo to nieprawda. One opierają się na czymś zupełnie innym: na strachu. I to wcale nie na strachu przed koronawirusem, tylko na strachu przed społeczeństwem, a w uproszczeniu: na strachu przed obniżeniem notowań partii rządzącej. W normalnej rzeczywistości ten strach przed społeczeństwem byłby też strachem przed wzrostem notowań opozycji, no ale przy naszej opozycji ten czynnik akurat odpada.

A poniżej artykuł o sytuacji w Szwecji, zupełnie bez związku z tematem (tak, wiem, że Szwecja to nie Polska, wiem że tam mordują staruszków i że jedzą śledzie z ziemniakami).

Fot. KPRM

Autor: Igor Downar-Zapolski