Najstarszą szkołę gladiatorów (ludus) założył ok. 105 r. p.n.e. Aureliusz Skaurus w Kapui (region Kampania w południowej Italii). Miasto wkrótce zyskało miano najlepszego ośrodka szkoleniowego gladiatorów. To właśnie w Kapui, w 73 r. p.n.e., wybuchło największe w historii starożytnego Rzymu powstanie niewolników, którego inicjatorem był Spartakus.

Największa szkoła gladiatorów, Ludus Magnus, mieściła się w Rzymie. Trenowano tam równolegle nawet kilka tysięcy mężczyzn. Adepci akademii składali się w większości ze skazańców i jeńców wojennych oraz osieroconych lub porzuconych przez matki chłopców. Inną kategorię stanowili ochotnicy – przeważnie zadłużeni obywatele, którzy w zamian za uregulowanie zobowiązań wobec dłużników składali przysięgę wierności i podpisywali z właścicielem szkoły gladiatorów wieloletnie kontrakty. Umowa była de facto zgodą na śmierć w walce i zabezpieczała szkołę przed ewentualnymi skargami i żądaniem odszkodowania.

Trening mistrzów

Lanista, czyli trener, a często też właściciel szkoły, narzucał ostry rygor. To on decydował, w jaką broń wyposażyć poszczególnych mężczyzn oraz czy któryś z nich nie rokuje na tyle dobrze, że warto zapewnić mu trening indywidualny.

Szkolenie odbywało się przy użyciu drewnianej broni, co miało zapobiegać zadawaniu niepotrzebnych ran. Wojownik powinien być w pełni sprawny w dzień zawodów. Morderczy trening prowadzony był przez instruktora, którego nazywano magistrem. Uczniów szkolono w jednej technice. Jedni specjalizowali się w walce mieczem, inni – siecią, jeszcze inni atakowali przeciwnika konno. Każdy musiał jednak opanować dwuręczność, tak aby po zranieniu jednej ręki mógł kontynuować walkę drugą. Oprócz ćwiczeń fizycznych mężczyźni przechodzili także prawdziwą szkołę charakteru. Rekrutów uczono pełnego poświęcenia oraz pogardy dla bólu, wyrabiając w nich odporność psychiczną.

Za pokonanie przeciwników gladiatorzy otrzymywali odznaczenia: palmy i wieńce. Po pierwszym pojedynku stawali się veteranus. Kolejne stopnie kariery gladiatora nazywano od drewnianego pala treningowego (palus), stąd: quartus palus, tertius palus, secundus palus i najwyższy – primus palus. W archiwach szkoły przechowywano pełną dokumentację każdego ucznia, co było podstawą do jego późniejszej wyceny.

Lanista liczy kasę

W czasach cesarstwa na gladiatorach można było sporo zarobić. Dokładne kwoty znane są dzięki lex italicensis: prawu o ograniczeniu kosztów igrzysk z roku 177 n.e. Ponieważ laniści doprowadzali do bankructwa kapłanów odpowiedzialnych za organizowanie igrzysk na prowincjach – zniesiono vectigalia, czyli podatek od gladiatorów pobierany na rzecz skarbu państwa. Podatek ten przynosił cesarzowi zysk rzędu nawet 30 milionów sestercji (1 kg pszenicy kosztował 1,5 sestercji).
Określono także ceny maksymalne, wypłacane laniście za zabitego gladiatora. Żółtodziób wart był 3 tys. sestercji, podczas gdy za śmierć primus palusa należało właścicielowi szkoły wypłacić 15 tys. Organizatorzy płacili również za samo wypożyczenie gladiatorów – około 20 proc. wyżej wymienionych kwot. Ścisły nakaz zamknięcia się w ustalonych kosztach powodował, że mało kogo było stać na wynajęcie jednocześnie więcej niż pięciu par gladiatorów najwyższej klasy na jedną imprezę. Faktycznie więc występowały słabo przeszkolone grupy i jedna – dwie pary gladiatorskie w walce wieczoru.

Pieniądze zarabiano na wszelkie możliwe sposoby. Furorę robiły gadżety z wizerunkami mistrzów areny: lampki oliwne, kubki, a nawet ciastka i chlebki. Samych gladiatorów też nie pozostawiano z niczym. Wolny dostawał 25 proc. zysku z walki, niewolnik 20 proc. Ci, którzy znaleźli się u szczytu sławy lub zrealizowali kontrakt, otrzymywali drewniany miecz (rudis) na znak wyzwolenia. Arena jednak przyciągała ich tak mocno, że często wracali jako czynni i szczególnie pożądani zawodnicy, trenerzy lub założyciele własnych szkół.

Nie wszystkie chwyty dozwolone

Jeśli ktoś myśli, że występy gladiatorów były bezwzględnym mordobiciem bez żadnych zasad, to oglądając zawody na żywo, doznałby srogiego zawodu. Gladiatorzy zmagali się pod okiem sędziego, który zwykle kończył walkę, gdy jeden z zawodników upadł na plecy, przyklęknął, stracił broń, opuścił tarczę lub po prostu się poddał. Mówiono też, że starcie trwa ad digitum, czyli do podniesionego palca. Tym ruchem dłoni przegrany wyrażał bowiem uległość. Niektórzy nadużywali tych przepisów, prowokując upadki deptaniem po stopach, przepychankami lub podbijaniem w górę dłoni rywala. Widać to dokładnie np. na reliefie z Fiano Romano.

Na arenie wystawiano zawsze gladiatorów z różnych klas – Rzymian najbardziej pociągały konfrontacje różnych sztuk walki. Zabiegi te miały jeden cel – podniesienie atrakcyjności zmagań. A mimo to niektórzy szukali jeszcze mocniejszych wrażeń – czasem czysto estetycznych. Gladiatorzy Cezara

To tylko fragment tekstu. Aby uzyskać dostęp do całości, kliknij w przycisk Kup teraz.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Dostęp do treści30.50 zł
Anuluj