Na Morzu Karskim występuje największe na świecie zagęszczenie odpadów radioaktywnych. W związku z objęciem przez Rosję przewodnictwa w Radzie Arktyki tamtejsze ministerstwo spraw zagranicznych zaprosiło ekspertów z innych państw mających interesy w Arktyce na zaplanowaną na czerwiec 2022 roku konferencję poświęconą pomysłowi wydobycia odpadów radioaktywnych składowanych za czasów Związku Radzieckiego na dnie morskim w rejonie Nowej Ziemi.

W czasach Związku Radzieckiego, gdy nikt się nie przejmował ochroną środowiska, składowanie niebezpiecznych odpadów na Morzu Karskim wydawało się niezłym pomysłem. Przez większą część roku akwen ten jest skuty lodem i nie jest tam prowadzona żadna aktywność gospodarcza, na przykład połów ryb. Obecnie jednak sytuacja się zmienia. W związku ze kryzysem klimatycznym i kurczeniem się pokrywy lodowej na Dalekiej Północy Morze Karskie daje możliwości wydobycia ropy naftowej i gazu oraz zwiększają się możliwości żeglugowe i połowowe.

Lokalizacje składowisk odpadów atomowych wybrano nieprzypadkowo. W portach czy w pobliżu baz wojskowych stwarzałyby one poważne ryzyko skażenia okolicznych zamieszkałych terenów, zwłaszcza że wśród odpadów znajdują się między innymi reaktory jądrowe z okrętów podwodnych, które uległy awariom. A tereny wokół Nowej Ziemi i tak są skażone, ponieważ na wyspie funkcjonował przez wiele lat poligon atomowy. Niektóre z odpadów zalegają na głębokości zaledwie około pięćdziesięciu metrów, więc z technicznego punktu widzenia ich podniesienie nie powinno stanowić większego wyzwania.

 

– To jest kluczowy moment – tłumaczy Andriej Zołotkow z organizacji Biełłona, działającej na rzecz międzynarodowej współpracy przy zabezpieczaniu odpadów radioaktywnych w Arktyce. – Z powodów ekologicznych i polityki międzynarodowej Rosja musi podjąć działania. W dzisiejszych czasach ekologia jest jednym z niewielu tematów, w których Rosja i inne państwa mogą toczyć konstruktywny dialog. O konkretnych rozwiązaniach i pilności prac będzie jednak można mówić dopiero po zorganizowaniu przynajmniej jednej ekspedycji badawczej do zatopionych obiektów.

Ujęcia z kamer pojazdu podwodnego badającego wrak okrętu podwodnego K-27 w 2014 roku.
(Direktoratet for strålevern og atomsikkerhet)

W najgorszym możliwym scenariuszu istnieje ryzyko takiego przemieszczenia się paliwa jądrowego, że ponownie zyskałoby ono masę krytyczną, która zainicjowałaby reakcję łańcuchową, co doprowadziłoby do wybuchu i skażenia radioaktywnego znacznej części wód Arktyki. Należy jednak podkreślić, że taki scenariusz należy bardziej do sfery science fiction, a bardziej realne zagrożenie polega na tym, że skorodowane pojemniki z odpadami lub obudowy reaktorów zostaną uszkodzone podczas podnoszenia i w ten sposób paliwo jądrowe przedostanie się do środowiska.

Zołotkow ma nadzieję, że rosyjskie przewodnictwo w Radzie Arktyki pozwoli podjąć konkretne działania w kierunku zbadania składowisk odpadów atomowych w ciągu dwóch lat. Badania tego typu odbywają się co jakiś czas, ale nigdy nie były kompleksowe. Przykładowo w 2012 roku norwesko-rosyjska ekspedycja badała wrak atomowego okrętu podwodnego K-27 projektu 645 pod kątem ewentualnych wycieków substancji radioaktywnych. Teraz eksperci z Biełłony wzywają do kompleksowego zbadania stanu kadłuba w celu znalezienia najlepszej metody na jego podniesienie.

 

Również w 2018 roku rosyjscy naukowcy z Instytutu Oceanografii przeprowadzili badania radioaktywnych śmieci zatopionych w morzu na Dalekiej Północy. Nie stwierdzono wtedy żadnych wycieków ani zanieczyszczenia. Badania dna Morza Karskiego trwały półtora miesiąca. W tym czasie skatalogowano kilka tysięcy kontenerów z odpadami radioaktywnymi i okręt podwodny K-27. W drugim etapie wykonywano mapy dna wybrzeża Nowej Ziemi oraz Morza Białego i położonego 2 tysiące mil morskich na wschód Morza Łaptiewów, dzięki czemu udało się znacznie uszczegółowić mapę wskazującą położenie odpadów atomowych.

Składowanie prętów ze zużytym paliwem jądrowym w bunkrze na lądzie w Zatoce Andriejewa.
(Biełłona)

W marcu 2020 roku rosyjska agencja atomistyki Rosatom i Komisja Europejska wspólnie oszacowały koszt wydobycia sześciu dużych odpadów radioaktywnych na 278 milionów euro. Na te sześć obiektów składają się trzy reaktory atomowe z okrętów podwodnych K-11, K-19 i K-140, całe okręty podwodne K-27 i K-159 (na zdjęciu tytułowym) oraz kontenery ze zużytym paliwem jądrowym z reaktora lodołamacza Lenin. Najdroższą operacją, wycenioną na 57,5 miliona euro, byłoby podniesienie K-159, który w odróżnieniu od pozostałych obiektów, leżących dosyć płytko, jest zatopiony na głębokości około 200 metrów.

Ogółem od lat sześćdziesiątych do początku lat dziewięćdziesiątych w Morzu Karskim zatopiono około 17 tysięcy różnych obiektów radioaktywnych. Większość z nich to kontenery z różnego rodzaju odpadami radioaktywnymi pochodzącymi ze stoczni wojennych w rejonie Półwyspu Kolskiego. Inne pochodzą z napraw i prac serwisowych prowadzonych przy flocie radzieckich lodołamaczy o napędzie jądrowym. W większości wypadków są to obiekty o niskim bądź średnim poziomie promieniowania. Największe zagrożenie stanowią wspomniane kompletne reaktory i zużyte paliwo jądrowe, które według rosyjskiej Akademii Nauk odpowiadają za 90% radioaktywności w regionie. Mogą one stanowić zagrożenie przez tysiące lat.

 

K-159 leży pośrodku obfitych łowisk Morza Karskiego. Na okręcie nie ma już paliwa jądrowego, które usunięto wcześniej, zanim w 2003 roku okręt wyruszył do stoczni złomowej. Nie dotarł do celu, bo podczas sztormu zerwał się jeden z pontonów utrzymujących okręt na powierzchni. Rosyjscy naukowcy szacują, że w przypadku rozszczelnienia kadłuba i przedziału reaktorów oraz wydostania się substancji radioaktywnych do morza połowy zostałyby wstrzymane na co najmniej miesiąc. To oznaczałoby straty dla gospodarek rosyjskiej i norweskiej w wysokości około 120 milionów euro, czyli nieznacznie mniej niż koszt podniesienia wraku.

W odróżnieniu od K-159, który utracono przypadkowo, K-27 został zatopiony celowo po ponad dekadzie od wypadku z eksperymentalnym reaktorem chłodzonym ciekłym metalem. Okręt był zbyt radioaktywny, aby dało się go rozmontować w sposób konwencjonalny, więc postanowiono go zatopić na głębokości około trzydziestu metrów u wybrzeży Nowej Ziemi. Przedział reaktora zalano betonem i asfaltem, a w zbiornikach balastowych wycięto otwory, żeby je zalać. Takie zabezpieczenie miało jednak wytrzymać tylko do 2032 roku, dlatego wydobycie K-27 jest postrzegane jako priorytet.

Aż do 2011 roku Rosja oficjalnie nie informowała o tym składowisku odpadów promieniotwórczych. Dopiero wtedy o szczegółach sprawy poinformowano rząd norweski. Lista obiektów była znacznie dłuższa, niż przypuszczano na Zachodzie. Obejmowała 17 tysięcy kontenerów, dziewiętnaście statków z odpadami atomowymi w ładowniach, czternaście reaktorów atomowych, wspomniany K-27 z dwoma reaktorami i 725 innych skażonych urządzeń.

Zobacz też: Węgry zamówiły dwa KC-390