• Jeśli wierzyć Marianowi Banasiowi, przeszukanie domu jego syna to odwet i ostrzeżenie
  • Sytuacja wymknęła się spod kontroli, mimo iż wydawało się, że szef NIK zawarł z PiS ciche porozumienie
  • Ewidentnie skończył się czas, kiedy jego kierowanie NIK było dla PiS w miarę wygodne. Po pierwsze Banaś zna sekrety obozu władzy. Po drugie ma instrumenty, by je ujawnić. Po trzecie ma determinację, by trwać

Uderzenie w syna

PiS wie, jak uderzyć w Mariana Banasia, by zabolało. Jest on bowiem ojcem czworga dzieci. W 2004 roku jego 21-letni wówczas syn Bartłomiej zginął w Pirenejach. Od tego czasu prezes NIK na punkcie swojej rodziny ma prawdziwą obsesję. Dlatego jego wczorajsze oświadczenie po przeszukaniu domu innego z jego synów, czyli Jakuba, nie dziwi.

– Mój syn – tak jak ja – był stale inwigilowany. Robi się to po to, aby zmusić mnie do rezygnacji ze stanowiska oraz zmiany wyników zakończonych i trwających kontroli – stwierdził.

Zdaniem Banasia dodatkowym „elementem nacisku” miało być takie zaplanowanie akcji przez CBA, aby w domu znajdowała się również jego żona. Szef Najwyższej Izby Kontroli grzmiał też o wspomnieniu bolszewickich czasów i państwie policyjnym.

Urzędnik łączy działania Centralnego Biura Antykorupcyjnego z publikacją Onetu, w której ujawniliśmy ustalenia kontrolerów NIK ws. tzw. wyborów kopertowych. Potwierdzili oni, że premier Mateusz Morawiecki bezprawnie wydawał w tej sprawie polecenia i to wbrew ostrzeżeniom swoich podwładnych. Finałem było 76 milionów złotych wyrzuconych w błoto.

Izba ma opublikować pełen raport 18 maja. Już wiadomo, że będzie druzgocący przede wszystkim dla otoczenia szefa rządu i jego samego. Pokaże też, jak pozostali ministrowie uciekali przed odpowiedzialnością i przezornie na żadnym kluczowym dokumencie nie złożyli swojego podpisu.

Jeśli wierzyć Marianowi Banasiowi, przeszukanie domu jego syna to odwet i ostrzeżenie. Jednak już w marcu pisaliśmy w Onecie, że sytuacja prezesa NIK robi się coraz trudniejsza.

Według naszych informacji szef MSWiA Mariusz Kamiński, który ma pod sobą służby specjalne, od dawna namawia Jarosława Kaczyńskiego do przecięcia sprawy Banasia. Jak słyszymy, już latem prezes Prawa i Sprawiedliwości dał zielone światło. Cofnął się po tym, gdy w koalicji wybuchł konflikt, który o mało co nie doprowadził do jej rozpadu.

CBA pracowało jednak dalej. Szczególnie drobiazgowo biuro sprawdzało interesy, jakie prowadził Jakub Banaś, syn szefa NIK. Jak ujawnił wczoraj rzecznik koordynatora ds. służb specjalnych Stanisław Żaryn, kilka dni po naszej marcowej publikacji biuro złożyło do prokuratury wniosek o przeprowadzenie czynności, m.in. przeszukania, do jakiego doszło wczoraj.

Początek afery

Jednak cała sprawa nie zaczęła się przecież wczoraj, tylko we wrześniu 2019 roku. „Superwizjer” TVN ujawnił wtedy, że w należącej do Banasia kamienicy w Krakowie funkcjonuje hotel na godziny prowadzony przez ludzi powiązanych z półświatkiem.

Okazało się również, że przez lata jako urzędnik państwowy nie wykazywał owej nieruchomości w swoich oświadczeniach majątkowych. Śledztwo w tej sprawie prowadzi CBA na zlecenie Prokuratury Regionalnej w Białymstoku.

To był szok, bo chwilę wcześniej urzędnik stanął na czele Najwyższej Izby Kontroli. Przesiadł się tam z fotela ministra finansów. W resorcie stworzył Krajową Administrację Skarbową, czyli zupełnie nową służbę specjalną, której zadaniem była m.in. walka z mafiami VAT-owskimi.

Tyle, że już po publikacji „Superwizjera” na jaw wyszły kolejne niewygodne dla Banasia fakty. Okazało się, że w ręce prokuratury trafili jego bliscy współpracownicy z ministerstwa, którzy sami mieli zarabiać na przekrętach na podatku VAT.

Chodzi m.in. o Arkadiusza B., byłego dyrektora Krajowej Szkoły Skarbowości, czyli kuźni kadr Krajowej Administracji Skarbowej, którą wymyślił i powołał do życia Marian Banaś.

Wybucha wojna

Wydawało się, że kariera Banasia jest skończona, ale szef NIK podjął grę z Nowogrodzką, która chciała się go pozbyć. Powołał na swoich zastępców ludzi, których wyznaczył PiS. Dał im pensje, gabinety, asystentów i samochody.

Niedługo potem zgodził się nawet ustąpić ze stanowiska, ale swoją decyzję szybko cofnął. Wtedy zaczęła się wojna.

Banaś zaczął się mościć w podległej sobie instytucji. Wymieniał dyrektorów, meblował na nowo skład Kolegium NIK (ważne ciało decydujące m.in. o budżecie Izby i kształcie kontroli), zaatakował też Tadeusza Dziubę, jednego z wiceprezesów, których dostał w pakiecie od Prawa i Sprawiedliwości. Doniósł na niego do prokuratury za – jego zdaniem – próbę ręcznego sterowania kontrolerami.

W tym czasie agenci CBA dokonali spektakularnych przeszukań kilkunastu nieruchomości należących do samego Mariana Banasia i jego najbliższej rodziny.

Szef Najwyższej Izby Kontroli zapowiedział za to szereg kontroli w ważnych instytucjach, które mogły uderzyć w obecną władzę. Chodzi m.in. o Centralny Port Komunikacyjny, TVP, elektrownię w Ostrołęce, czy program budowy promów.

Jednak miesiącami nic z tych kontroli nie wynikało. Nie ukazywały się żadne istotne raporty.

Z drugiej strony Banaś dogadywał się z PiS w sprawie powołania kolejnych urzędników do NIK. Nie pojawiały się też informacje o postępach śledztwa ws. finansów Banasia. Wydawało się, że zawarte zostało ciche porozumienie.

Wiosenne przesilenie

Zmieniło się to na przełomie zimy i wiosny tego roku. Najpierw Marian Banaś dał ostry wywiad Business Insiderowi, w którym zapowiedział finał wrażliwych dla PiS kontroli. Potem Gazeta Wyborcza napisała, że niebawem NIK pokaże raport dotyczący wyborów kopertowych.

Następna była publikacja Onetu ze szczegółami tej sprawy. Wreszcie CBA weszło z przeszukaniami. A Banaś odpowiedział ogniem.

– Nowogrodzka się zastanawia, co dalej robić. Marian „pojechał”. Przyznaję, że zaskoczył – mówi Onetowi polityk PiS.

Wielomiesięczna wojna nerwów w końcu wymknęła się spod kontroli. Trudno powiedzieć, kto wykonał tu ruch uprzedzający. Możliwe, że PiS uznało, iż Banaś staje się dla władzy realnym zagrożeniem. Narzędzi ma przecież sporo. Jego kontrolerzy mogą sprawdzać właściwie każdą instytucję publiczną, w tym prokuraturę.

Poza tym jego 6-letnia kadencja jest nie do ruszenia. Jedynym wyjątkiem jest prawomocny wyrok, ale na to w bliskiej perspektywie się nie zanosi, zwłaszcza, że prokuratura nie sporządziła w sprawie szefa NIK aktu oskarżenia.

Ba, nie postawiła mu nawet zarzutów. Byłoby to możliwe po uchyleniu immunitetu prezesowi Najwyższej Izby Kontroli, ale na to musi zgodzić się Sejm. No i śledczy muszą na Wiejską przysłać odpowiedni wniosek. Tak się jednak do tej pory nie stało.

Jest teoretycznie jeszcze jedna możliwość, czyli dobrowolne odejście. Ale po wczorajszej akcji i ostrych słowach Mariana Banasia, to mało prawdopodobne.

Ewidentnie skończył się okres, kiedy jego kierowanie NIK było dla PiS w miarę wygodne. Po pierwsze Banaś zna sekrety obozu władzy. Po drugie ma instrumenty, by je ujawnić. Po trzecie ma determinację, by trwać.

W otoczeniu Banasia słyszymy, że skończył się czas zakulisowych negocjacji z PiS. Teraz ma ruszyć prawdziwa wojna.