Restauracja
Restauracja – zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay

Minister Zdrowia Adam Niedzielski straszy już trzecią fali, która rzekomo pojawiła się w Polsce. To zapewne oznacza powrót jeszcze większych obostrzeń, a co najmniej utrzymanie tych już obowiązujących.

Jeżeli otwarcie lokali gastronomicznych nie nastąpi w najbliższym czasie, to kilkanaście tysięcy z nich upadnie, a to oznacza utratę pracy przez około ćwierć miliona osób, które te lokale zatrudniają.

– Sektor gastronomiczny mógł się w zeszłym roku skurczyć o 30 mld zł – wynika z danych opublikowanych przez Izbę Gospodarczej Gastronomii Polskiej (IGGP).

Z analizy IGGP wynika, że nawet jeśli otwarcie nastąpi na wiosnę, to i tak nie doczeka go około 15 tysięcy lokali gastronomicznych. Ich upadek będzie oznaczał, że pracę straci nawet 250 tysięcy osób, czyli co czwarta osoba zatrudniona w gastronomii.

Trudności mają oczywiście przede wszystkim małe lokale gastronomiczne, jednak nie jest to jedynie ich domena. Trudności ma między innymi właściciel sieci Sphinx czy Chłopskiego Jadła, czyli spółka Sfinks Polska.

To efekt wiosennego lockdownu, a także tego, że od 24 października restauracje teoretycznie mogą sprzedawać jedzenie jedynie na wynos. Na taki krok zdecydowało się jednak zaledwie około 20 procent lokali działających na rynku.

Te, które postanowiły sprzedawać jedzenie na wynos muszą natomiast liczyć się ze znacznym spadkiem dochodów. Ich obecne zyski sytuują się na poziomie około 20 procent zysków sprzed pierwszego lockdownu.

Najlepiej w obecnej sytuacji radzą sobie sieciówki z punktami „drive”, takie jak McDonald’s i KFC, a także pizzerie i restauracje sushi, które już wcześniej w dużej mierze były nastawione na dostawy jedzenia i często mają własnych kierowców.

Stratne pozostają knajpy w regionach turystycznych czy te zlokalizowane w okolicach starego miasta etc., które liczą na turystów spożywających posiłki na miejscu. Tam przewagę mają małe rodzinne biznesy, które obecnie padają.

Źródło: Rzeczpospolita/Money/NCzas