Prezydent USA Józio Biden. Foto: tter/joebiden
Prezydent USA Joe Biden. Foto: tter/joebiden

Pierwsze decyzje nowego prezydenta Joe Bidena uderzają w sektor energetyczny. Protestują Republikanie, niektóre plemiona indiańskie, a nawet lewicowy premier Kanady.

Zaraz po zaprzysiężeniu, 20 stycznia, w pierwszym dniu pracy, prezydent Joe Biden podpisał zarządzenie cofające zezwolenie na budowę ostatniego odcinka rurociągu Keystone XL, obejmującego tereny USA i Kanady. Potem administracja Bidena rozpoczęła proces powrotu do klimatycznego porozumienia paryskiego.

To akurat na razie raczej symboliczny gest niż duża zmiana dla sektora energetycznego, bo umowa nie jest wiążąca i ustala tylko limity zanieczyszczeń, których mało kto się trzyma. Aż w końcu Departament of the Interior, czyli Departament Spraw Wewnętrznych, a właściwie Zasobów Wewnętrznych, będący polskim odpowiednikiem Ministerstwa Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa, wprowadził czasowy zakaz wydawania pozwoleń na wybycie ropy, gazu ziemnego i węgla na terenach federalnych i należących do plemion indiańskich.

Te decyzje, ocenione oczywiście pozytywnie przez obrońców klimatu, zostały skrytykowane przez różne środowiska. Co może zaskakiwać, nawet lewicowy premier Kanady nie był zadowolony z decyzji Bidena zatrzymującej dalszą budowę rurociągu Keystone XL. Jak podał „Axios”, podczas pierwszej oficjalnej rozmowy z nowym prezydentem USA Justin Trudeau wyraził „rozczarowanie” cofnięciem zgody na dalszą budowę tego rurociągu. I wskazywał na skutki gospodarcze i utratę miejsc pracy. TC Energy, firma budująca rurociąg, podała, że w roku 2021 miała zatrudnić do tego celu 11 tys. osób (większość na okres 4-8 miesięcy). Zaraz po podpisaniu dekretu prezydenckiego ponad tysiąc dotychczas pracujących przy rurociągu osób poszło na bruk.

Indianie przeciw ropie

Jak widać na przykładzie dwóch ropociągów (jednego w USA – Dakota Access Pipeline i drugiego, biegnącego przez USA i Kanadę – Keystone XL), Indianie są w ich sprawie podzieleni. Jak podaje prawicowy „Washington Times”, w 2016 roku Dakota Access Pipeline oprotestowało plemię Lakota z Dakoty Północnej, nie zgadzające się na jego obecność blisko rezerwatu. Choć nie biegnie on przez należące do plemienia tereny, protestująca ludność rdzenna obawiała się, że zatruje jej źródła wody.

Zaskarżenie projektu do sądu na razie nie przyniosło rezultatu i został on już oddany do eksploatacji. Później pozwoleniu wydanemu w 2017 roku przez administrację Trumpa na budowę ostatniej fazy projektu rurociągu Keystone XL (długości ok. 1900 km, biegnącego z Alberty w Kanadzie, przez Montanę, Dakotę Południową, Nebraskę do terminalu w Patoka, w Illinois) sprzeciwiało się plemię Rosebud Sioux i społeczność Fort Belknap, znowu zaskarżając decyzję do sądu. Jak argumentowali, władze plemienne nie zostały przy jej budowie należycie wysłuchane.

Indianie za rurociągiem

A teraz dzieją się rzeczy odwrotne. Decyzję Bidena zatrzymującą dalszą budowę rurociągu oprotestowali Indianie z Kanady, alarmując, że będzie to miało druzgocące skutki dla rdzennej ludności. Pięć plemion podpisało z jego deweloperem, firmą TC Energy, umowę o nazwie „The Natural Law Energy”. Chodzi o grupy z Montana First Nation, plemię Louis Bull, Ermineskin Cree Nation, Little Pine First Nation oraz Nekaneet First Nation z Saskatchewan.

Wódz tego ostatniego, Alvin Francis, reprezentujący zarazem firmę Natural Law Energy, w której udziały ma tych pięć plemion, podpisał we wrześniu 2020 roku umowę z TC Energy, inwestując w projekt miliard dolarów. Deweloper zapewnił, że rurociąg jest bezpieczny (wycieki oczywiście miały miejsce) i ekologiczny. Według jego rzecznika, po pełnym otwarciu w roku 2023 osiągnie on „zero emisji gazów cieplarnianych”, a do 2030 będzie w pełni zasilany odnawialnymi źródłami energii.

Odwierty w rezerwatach

Druga decyzja administracji Bidena również spowodowała wzburzenie wśród Indian. Moratorium z 20 stycznia zawiesza na 60 dni wydawanie pozwoleń na wybycie ropy, gazu ziemnego i węgla na terenach federalnych i należących do plemion indiańskich, do czasu zbadania polityki administracji Trumpa. Jak podała Agencja Reutera, władze plemienia Ute z Utah, z rezerwatów Uintah i Ouray, zareagowały ostrym sprzeciwem, domagając się wyłączenia ich z moratorium.

Jak podał prawicowy „Washington Times”, rezerwat obejmuje 4,5 mln akrów, a wydobycie ropy i gazu ziemnego trwa tam już od 70 lat. Luke Duncan, reprezentujący Komisję ds. Biznesu Plemienia Ute, napisał w liście do administracji, że decyzja ta jest „bezpośrednim atakiem na suwerenność, gospodarkę i prawo do samookreślania się plemienia”. Jak przypomniał, tereny należące do Indian nie są publiczną ziemią objętą federalną jurysdykcją i każda decyzja dotycząca rezerwatów i ich interesów musi być konsultowana z władzami plemiennymi.

Duncan wyjaśnił, że Indianie potrzebują rozwoju energetycznego na finansowanie struktur władz i usług dla ludzi żyjących w rezerwatach. Według niego, decyzja administracji Bidena pogwałciła dyrektywy regulujące potrzebę konsultacji z władzami plemion i koordynacji działań. Jak podaje „Washington Times”, inne plemiona, takie jak Mandan, Hidatsa i Arikara Nation z Dakoty Północnej, są również dużymi producentami ropy i gazu.

Pierwsza Indianka w administracji?

Podczas swojej kampanii prezydenckiej Biden obiecywał Indianom kooperację z władzami plemiennymi i rozwój gospodarczy. W grudniu ogłosił, że na czele Departamentu Zasobów Wewnętrznych ma stanąć kongresmenka Deb Haaland, Demokratka z Nowego Meksyku, należąca do plemienia Laguna Pueblo. Ma ona być pierwszą przedstawicielką rdzennej ludności zajmującą stanowisko gabinetowe.

Jeśli obejmie stanowisko, to jej władza wcale nie będzie taka mała. Ma szansę zarządzać jedną piątą ziemi Stanów Zjednoczonych o powierzchni setek milionów akrów, w tym parkami narodowymi (pomnikami narodowymi, rezerwatami), rzekami, jeziorami, bogactwami naturalnymi, w tym oczywiście również złożami podziemnymi (takimi jak węgiel czy gaz ziemny). A do tego miałaby pod sobą kilka rządowych agencji, np. Służbę Parków Narodowych (National Park Service), Urząd Zagospodarowania Terenu (The Bureau of Land Management) oraz Państwowy Instytut Geologiczny (United States Geological Survey), prowadzący badania dotyczące zmian krajobrazu i rozmieszczenia bogactw naturalnych. Na razie Haaland stanowiska jeszcze nie zajęła. Na czele tego departamentu stoi Scott de la Vega, a jego rzecznik Tyler Cherry wyjaśnił, że już wydane pozwolenia na odwierty ropy i gazu nie zostały cofnięte.

Co się stanie po 60 dniach obowiązywania wspomnianego moratorium i wydanym rządowym raporcie, tego jeszcze oczywiście nie wiemy. Firmy i różne związki zawodowe pracowników sektora energetycznego zaczynają się niepokoić. Związek monterów instalacji i hydraulików (United Association of Union Plumbers and Pipefitters), który w wyborach poparł Bidena, skrytykował jego zachowanie w kontekście ropociągu Keystone XL.

Krytycy decyzji nowego prezydenta argumentują, że będzie ona miała negatywny wpływ na bezpieczeństwo energetyczne kraju (zmusi USA do kupowania ropy od krajów niekoniecznie przyjacielskich, a może nawet wrogich), zaskutkuje wzrostem cen energii i spowoduje utratę tysięcy miejsc pracy. Republikański kongresman Dan Crenshaw z Teksasu alarmował, że po ponownym przystąpieniu do układu paryskiego, zatrzymaniu rurociągu Keystone, a teraz wprowadzeniu zakazu prowadzenia odwiertów ropy i gazu na terenach federalnych, administracja Biden-Harris wprowadza w życie swoje kampanijne slogany. Republikanie obawiają się, że czasowe moratorium skończy się na trwałym zakazie, który całkowicie wyeliminuje wydobycie ropy i gazu na terenach federalnych.

Natalia Dueholm

nczas.com