leki_pieniądze_euro
Autor: pixabay.com

W 1928 r. Alexander Fleming, hodując w swoim laboratorium bakterie, przez przypadek odkrył penicylinę. (…) Słynnym jego powiedzeniem było: „To natura wyprodukowała penicylinę, ja ją tylko odkryłem”. Zatem, czy z podobnego rodzaju sytuacją, swego rodzaju fenomenem nie mamy do czynienia także dziś, jeśli chodzi o amantadynę i wskazania do leczenia COVID-19? – zadaje (nie tylko) sobie takie pytanie gen. dyw. prof. GRZEGORZ GIELERAK, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie.

W obszernym wywiadzie („COVID-19 wciąż podstępny”) udzielonym „Naszemu Dziennikowi” rozmawiająca z generałem Aneta Przysiężniuk-Parys zadała kilka pytań dotyczących amantadyny, jako leku mającego niwelować przyczyny choroby wywoływanej przez SARS-CoV-2. Prof. Gierelak nie ocenia skuteczności lub nieskuteczności tego leku. Przytacza jednak opinie wirusologów, którzy nie podzielają opinii o skuteczności amantadyny z uwagi na to, że „na podstawie dokonanego przeglądu światowej literatury, że nie ma dziś badań klinicznych na szeroką skalę potwierdzających z jednej strony skuteczność amantadyny w leczeniu COVID-19, z drugiej zaś bezpieczeństwo takiej terapii”. Dyrektor WIM przypomina, że „na marginesie bieżącej sytuacji warto jednak pamiętać, że historia medycyny zna wiele niezwykłych i niespodziewanych odkryć”. I podaje tu jako przykład odkrycie penicyliny. Przypomina, że jej odkrywca Aleksander Fleming „od samego początku dostrzegał potencjał „wydzieliny” błękitnej pleśni, jednak ze względu na brak zrozumienia i wsparcia ze strony środowiska przerwał badania”. Jak to ma się to rzeczonego leku, którego opakowanie kosztuje (bez refundacji) kilkadziesiąt złotych?

„Amantadyna jest lekiem bez ograniczeń patentowych, a więc produkować może go każdy i to tanio, przez co jego popularność nie jest w interesie kierujących się zyskiem koncernów farmaceutycznych. W takich jak ta sytuacjach ocena przydatności klinicznej leków poza ustalonymi wskazaniami refundacyjnymi opiera się w zasadzie jedynie na dociekliwości medyków oraz instytucji prowadzących niekomercyjne badania kliniczne. Czasem zdarza się, że lekarz, tak jak doktor Włodzimierz Bodnar, decyduje się na własne ryzyko stosować produkt leczniczy poza wskazaniami zawartymi w jego charakterystyce, tzw. off label use. Jednak nawet, jeśli osiągnie on spektakularne rezultaty, to jest bardzo mało prawdopodobne, aby wprost stały się podstawą sformułowania nowych wytycznych stosowania leku w praktyce klinicznej. Surowe przepisy regulujące dopuszczenie leku do obrotu powodują, że podstawą takiej decyzji mogą być wyłącznie wyniki badań przeprowadzonych na odpowiednio licznej, składającej się najlepiej z kilku tysięcy osób grupie badanych, podzielonej dodatkowo na podgrupy terapeutyczne stanowiące punkt odniesienia dla osób przyjmujących testowany lek”.

Jak już informowaliśmy, dr Bodnar – jeśli będzie taka tylko możliwość – zamierza przeprowadzić stosowane badania własnym sumptem. Prof. Gierelak uważa, że takie przedsięwzięcie wykracza „poza możliwości logistyczno-organizacyjne pojedynczego lekarza, stanowi nawet nie lada sprawdzian dla instytucji takiej jak Agencja Badań Medycznych, która podjęła się rozstrzygnięcia jednego z najbardziej intrygujących dylematów terapeutycznych ostatnich miesięcy”.

se.pl