Tajemnice dyktatury. 

Najskuteczniejszy polski adwokat Roman Giertych opublikował na Facebooku tekst, w którym ujawnia skąd się wzięła nienawiść Jarosława Kaczyńskiego do niego.

„Dlaczego Kaczyński mnie nienawidzi?

Obiecałem, że odniosę się do politycznej przyczyny mego zatrzymania. Będę to robił stopniowo, w miarę jak siły mi pozwolą.

Podstawową przyczyną nienawiści Kaczyńskiego do mnie jest to, że w roku 2007 odebrałem mu władzę. Wielu już nie pamięta wydarzeń z tamtych lat, więc w paru słowach przypomnę.

Wszedłem do koalicji z PiS po całej serii wydarzeń, których kulminacją był sejmowy bunt przeciwko przyspieszonym wyborom w roku 2006. Bunt ten złamał plan braci Kaczyńskich, aby na fali triumfu PiS z 2005 rozpisać elekcję i uzyskać w wyborach większość bezwzględną.

Najbardziej spektakularną częścią tego buntu było przegłosowanie na początku 2006 roku przez wicemarszałka Kotlinowskiego (przy próbie wyrwania laski marszałkowskiej przez Marszałka Sejmu Marka Jurka) uchwały Sejmu przyspieszającej prace budżetowe i uniemożliwiającej przyspieszone wybory.

Buntem tym kierowałem razem z Donaldem Tuskiem. Ten bunt zadecydował o tym, że Kaczyński zmuszony był szukać większości w Sejmie poprzez koalicję. Z tym, że ja nie chciałem w tę koalicję wchodzić.

Wówczas doszło do bezprecedensowej akcji mediów ojca Rydzyka, w której zarzucając mi najgorsze zbrodnie mobilizowano elektorat przeciwko mnie (z o. Rydzykiem byłem poróżniony na tle sprawy arcybiskupa Paetza, którego usunąć z Poznania pomagał mój tata wówczas poseł LPR).

W wyniku tej akcji doszło do rozłamu w klubie LPR, któremu przewodził Bogusław Kowalski – późniejszy wiceminister z PiS. Mój pogląd, aby nie wchodzić w koalicję z PiS okazał się w takiej mniejszości w ramach struktur partii, że gdybym nie zgodził się na koalicję, powstałaby ona poza mną.

Ratując się z tej sytuacji poprosiłem o mandat na rozmowy z PiS i z posłem Kowalskim wygrałem zaledwie jednym głosem na Radzie Politycznej LPR. I tak znalazłem się w koalicji i zostałem wicepremierem.

Jednocześnie coraz szybciej zrzucałem z siebie okowy nacjonalistycznego myślenia. Będąc w rządzie miałem okazję bardzo rozszerzyć swoje horyzonty poprzez międzynarodowe kontakty. Jednym z przejawów tej ewolucji była moja wizyta w Jedwabnym, gdzie oddałem hołd pomordowanym Żydom.

To jeszcze bardziej zaogniło mój spór z mediami o. Rydzyka. Stopniowo nacjonalistyczne hasła przejmował PiS pozbawiając jednocześnie LPR zaplecza społecznego.

Starałem się w ramach MEN wprowadzać potrzebne zmiany. Wprowadziłem obowiązkową matematykę na maturze oraz ustanowiłem ochronę prawną nauczycieli, tak jak funkcjonariuszy publicznych. Te zmiany ostały się do dziś.

Miałem sukcesy w zakresie zwalczania przemocy w szkołach, gdyż rok do roku obniżyliśmy przestępczość w szkołach o ponad 25%. Nie ustrzegłem się jednak wielu, różnych błędów. Doświadczenia w rządzeniu nie miałem żadnego.

Politycznie oczekiwałem okazji na obalenie Kaczyńskiego. Tymczasem on uznał, że mnie skaptował. Coraz chętniej dzielił się ze mną swoimi planami.

Z przerażeniem widziałem w nich, że przygotowuje stopniowe przejęcie całości struktur państwa. Mówił mi o planach przejęcia Trybunału Konstytucyjnego poprzez zmianę ustawy. Mówił mi o planach powoływania specjalnych sędziów do spraw aresztowych, gdzie byłyby rozpatrywane sprawy dotyczące „układu”, czyli polityków opozycji.

Mówił o specjalnym sądzie prasowym, który miał dyscyplinować media za „nieuczciwe ataki na polityków”. Nie miał kompletnie świadomości, że o jego planach informowałem opozycję, a przede wszystkim liderów PO.

Widziałem u niego początki jakiejś paranoi politycznej, gdy snuł rozważania jak postawić zarzuty Tuskowi albo jak zachowa się Schetyna, gdy mu się zamknie żonę. Prokuraturę PiS opanował szybko, bo miał jeszcze tam ludzi z czasów Lecha Kaczyńskiego – Prokuratora Generalnego.

Gdy słyszałem o tych planach wiedziałem, że ten człowiek nie cofnie się przed niczym i czekałem. Kaczyński uznał, że może na mnie liczyć i że ma we mnie oddanego, cynicznego współpracownika (skrzyżowanie dzisiejszego Ziobry i Gowina). I dlatego postanowił się najpierw rzucić na Leppera.

Prowokacja zorganizowana przez CBA była oczywiście nielegalna, ale jej wymiar polityczny był potężny. Kaczyński oskarżając Leppera jednocześnie dogadał się z jego posłami. Gwarantując im udział we władzy i bezkarność przejął kontrolę nad praktycznie całym klubem Samoobrony.

Żaden z ministrów Leppera nie podał się do dymisji po jego odwołaniu.

Po odwołaniu Leppera spotkałem się z Kaczyńskim na wielogodzinną rozmowę, w której obiecywał mi złote góry. W tym przejęcie do klubu LPR części posłów Samoobrony, co dawałoby mi bardzo mocną pozycję polityczną.

Ja z kolej zażądałem dowodów, że Lepper rzeczywiście coś złego zrobił. Okazało się po paru dniach, że takich dowodów nie ma.

Wówczas stanąłem przed najtrudniejszą decyzją w moim życiu. Gdybym zgodził się na propozycję Kaczyńskiego, to byłbym u jego boku najważniejszą (oczywiście poza jego bratem) postacią polityczną w Polsce.

Ceną za to byłby jednak udział dokładnie w takim samym procesie przejmowania Państwa, jaki następuje w Polsce od 2015. Podporządkowywanie Trybunału Konstytucyjnego, sądów, mediów było już zaplanowane. Ustawy w tej sprawie były gotowe.

Myślałem nad tą kwestią ponad dwa tygodnie konsultując się przede wszystkim z moim tatą. Wiedziałem, że odmowa może oznaczać mój polityczny koniec. Nie chciałem jednak uczestniczyć w czymś co uznawałem za złe.

Była to dla mnie prawdziwa walka w sumieniu. Ostatecznie podjąłem decyzję o sprzeciwie wobec akcji CBA w odniesieniu do Leppera i wypowiedzeniu posłuszeństwa Kaczyńskiemu. Bez posłów LPR-u PiS nie miał szans na utrzymanie większości w Sejmie, a bez Sejmu nie można w Polsce rządzić.

Zaproponowałem Tuskowi i Schetynie tworzenie wspólnego rządu technicznego i obalenie Kaczyńskiego. Rozmowy w tej sprawie toczone były, gdy jeszcze byłem wicepremierem.

Ustalone były szczegóły operacji, ale Tusk odpowiedział mi uczciwie, że woli wybory, ale jeżeli PiS się na wybory nie zgodzi, to będzie rząd techniczny. Ja z kolei uznałem, że wolę wybory z małymi szansami, niż kontynuowanie współpracy z PiS. Mając perspektywę rządu technicznego opozycji i powstania komisji śledczych w sprawie działań CBA Kaczyński wybrał wybory.

Do końca tamtej kadencji miałem jeszcze okazję parę razy porozbijać kłamstwa PiS (m.in. w wystąpieniu przeciwko Jackowi Kurskiemu). Resztę historii dobrze Państwo znacie.
Do dziś jestem dumny z decyzji z roku 2007. Gdyby nie ona, uczestniczyłbym w procesie tworzenia z Polski Białorusi.

Te wszystkie zmiany, które PiS wprowadził w roku 2015 byłyby wprowadzane 8 lat wcześniej, gdy PiS był znacznie mocniejszy ( a i Kaczyński młodszy). Myślę, że od roku 2007 mogła zapanować sytuacja jaką parę lat później uzyskał Orban na Węgrzech. Bezalternatywnej władzy, która de facto jest dyktaturą. A dziś bylibyśmy już 13 lat pod rządami PiS bez żadnej perspektywy na ich obalenie.

Jak Państwo widzicie ma mnie za co Jarosław Kaczyński nienawidzić. Chciałem zaznaczyć, że ta nienawiść jest jednostronna. Nie ma we mnie nienawiści do niego. Jest raczej pragnienie, aby jego chore obsesje nie niszczyły naszego kraju.

Roman Giertych”

Źródło: Facebook