Mężczyzna trafia do jedynej wolnej sali na SOR – niewielkiego pomieszczenia, gdzie dotąd myło się np. bezdomnych przywożonych z ulicy. – Zleciłem wymaz, najpewniej wyjdzie dodatnio (kilka godzin później to się potwierdzi). W tym momencie jesteśmy zapchani.

To realia SOR Szpitala im. Żeromskiego w Krakowie. Obserwuję je ubrana w kombinezon, maskę, gogle, kolejne warstwy ochraniaczy. Ciężko złapać oddech, ale to warunek, by tu być. Widzę salę, gdzie monitorowało się dotąd rytm serca, oddechu, ciśnienie, wysycenie tlenowe hemoglobiny „zwykłych” pacjentów. Kilka dni wcześniej została przekształcona w nieformalny oddział covidowy. Leży tu sześć dodatnich osób. Tyle, ile dało się upchnąć.

To ludzie, dla których nie znalazło się inne miejsce. Niektórzy czekają na przyjęcie kilka dni. Są tacy, którzy nie doczekają. Dlatego wśród obowiązków personelu jest pilnowanie, by w każdej chwili do użytku był gotowy polaroid. To dziś niezbędny sprzęt na SOR. Zmarłych pakuje się w czarne foliowe worki, których nie wolno już potem otwierać. Przed zasunięciem robi się ostatnie zdjęcie. – Ważne, by na ujęciu było widać twarz oraz kartę z imieniem i nazwiskiem – słyszę od pielęgniarek. Dzięki temu nie pomyli się worków.

CAŁOŚĆ CZYTAJ W ŚRODOWYM WYDANIU „DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ” >>>>>