Sukcesem zakończyła się wyprawa Mateusza Waligóry przez całą Polskę z południa na północ „Szlakiem Wisły”. Podróżnik przeszedł 1160 kilometrów wzdłuż najdłuższej polskiej rzeki. Odwiedził siedem województw, kilkadziesiąt miast i setki wiosek. To rekonesans, który może pozwolić w wytyczeniu najdłuższego w Polsce szlaku pieszego łączącego góry z Bałtykiem. „Jestem przekonany, że Wisła jak najbardziej zasługuje na to, żeby taki szlak powstał. Jest przepiękna” – mówi Waligóra w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Michałem Rodakiem. „Będę podejmował starania w kolejnych miesiącach, aby taki szlak udało się wytyczyć. Wiem równocześnie, że będzie to praca rozłożona na lata” – dodaje.

Michał Rodak: Co poczułeś po osiągnięciu celu – bardziej ulgę czy radość?

Mateusz Waligóra: Po dojściu do celu poczułem mieszankę emocji. To było zarówno zmęczenie, jak i bardzo duża radość, współmierna do wysiłku, który włożyłem w cały ten marsz i projekt dotyczący Wisły. Poczułem też radość i szczęście z tego powodu, że wracam do domu. Ja już bardzo za tym domem tęskniłem. Na dopełnienie tego wszystkiego poczułem to, co czuję pod koniec każdej wyprawy, czyli jakiś dziwny rodzaj pustki, który wynika z tego, że poświęcam czemuś wiele dni, wiele wysiłku i nagle to się kończy. W rzeczywistości nie dzieje się to niespodziewanie, bo wiedziałem, że ten koniec nastąpi i myślałem o nim już od kilku dni, ale jednak zawsze jest ten moment, kiedy dochodzimy do mety i wiemy, że to już koniec. Coś się kończy, a coś się pewnie zacznie.

Cały ten projekt był rozłożony na wiele dni. Miałeś w trakcie wyprawy wątpliwości czy uda się ją skończyć?

Był jeden taki moment, o którym tak naprawdę nie wiedział nikt oprócz najbliższych. To był moment, kiedy mój syn się przeziębił i to tak dosyć mocno. To była sytuacja, w której bardzo mocno rozważałem powrót, aby pomóc w opiece nad nim mojej żonie. Szczęśliwie dzięki moim rodzicom udało się opanować tę sytuację. Dzięki ich determinacji i pomocy ja także mogłem skupić się na tym, aby dojść do zaplanowanego celu.

Jak wyglądały te ostatnie kilometry? Pogoda w ostatnich dniach – zgodnie z naszymi przewidywaniami – chyba ci nie sprzyjała.

Pogoda w trakcie tych ostatnich dni marszu była bardzo kapryśna, ale to też jest jeden z elementów przygody. Ja staram się podkreślać to, że ta podróż i ten marsz to jest jakiś dar. Nie każdy ma taką możliwość, nie każdy ma wystarczającą motywację, determinację, by podjąć się czegoś takiego. Kiedy przyjmujemy jakiś dar, to warto go przyjąć takim, jakim jest i nie wybrzydzać szczególnie. Starałem się nie marudzić na tyle, na ile to możliwe na te warunki atmosferyczne, bo z drugiej strony – pomimo deszczowej końcówki – cały wrzesień był w zasadzie wspaniały. To była piękna pogoda, piękne ponad 3 tygodnie słońca i ciepła. Jest taki moment, kiedy doceniamy te wszystkie dni, kiedy było nam ciepło w trakcie wyprawy – wtedy, kiedy marzniemy. Wtedy, kiedy jest zbyt gorąco, to może czasami myślimy o tym, że byłoby miło, gdyby było nieco chłodniej. Zawsze to jest taka sytuacja, kiedy trawa jest trochę bardziej zielona po drugiej stronie rzeki. Mimo tych trudnych warunków, staram się na tym nie skupiać. Bardzo się cieszę, że udało mi się dojść do celu. Jestem już mocno zmęczony i te ostatnie kilometry też nie były łatwe. Prowadziły po wale wiślanym na Wyspie Sobieszewskiej, na której nadal jestem. Ostatni kilometr, od 941 kilometra żeglownego Wisły, to był już czysty piach. Mógłbym oczywiście narzekać na to, że ten kilometr był trudny, bo był po kopnym piachu, ale to była wspaniała klamra dla tej wyprawy. Większość moich wypraw, których się podejmowałem w życiu i które były dla mnie ważne, jest jednak związana z piachem.

Miałeś już wcześniej taką wyprawę, która zaczynała się i kończyła w dwóch różnych światach, tak jak teraz było z górami i morzem?

W 2017 roku wraz z rocznym synem i drugim, który miał 3 lata oraz moją żoną przejechaliśmy Polskę z Helu na Śnieżkę na rowerach. Dzieciaki jechały w przyczepie rowerowej. To była taka wyprawa, która pochłonęła 50 dni i bardzo dużą ilość energii. Ja po niewielu wyprawach wróciłem tak wymęczony, ale jednocześnie szczęśliwy, bo nawet jeśli nie będą tego pamiętać w przyszłości, to pokazaliśmy naszym synom kawał wspaniałego kraju. To, co robiłem teraz, czyli przejście wzdłuż Wisły przez całą Polskę, to był po części powrót do takiej idei, by wyruszyć z gór i znaleźć się nad morzem albo odwrotnie i jednocześnie rozwiązać ten odwieczny problem Polaków. Problem, gdzie spędzić wakacje – w górach czy nad morzem.

Jak ta wyprawa wygląda w liczbach?

46 dni i 1160 kilometrów – dokładnie w takich liczbach można zamknąć wędrówkę „Szlakiem Wisły”.

Masz taki moment, miejsce, spotkanie, które najdłużej zostanie ci w pamięci z tych wielu dni wyprawy?

Tak, jest taki moment, który zapamiętam szczególnie. Ten moment trwał 46 dni. Rozpoczął się 2 września i zakończył 17 października. Cała wyprawa była dla mnie szczególnym momentem. Wszystkie te spotkania, rozmowy, historie, którymi się ze mną podzielono, wspaniałe wschody i zachody słońca… Bardzo ważna dla mnie była dokumentacja tej wyprawy, a wiadomo, że światło najpiękniejsze jest bardzo wcześnie albo bardzo późno w ciągu dnia. Wiele tych wschodów i zachodów miałem okazję obserwować. To są te chwile, te momenty składające się na całość, którą będę pamiętał już na zawsze. Ja nie mieszkam na co dzień nad Wisłą. To jest fantastyczne, że pomimo iż mieszkam we Wrocławiu, to Wisła jest tak naprawdę za rogiem. Wszyscy nad nią mieszkamy i w każdej chwili, kiedy zatęsknię, będę mógł nad nią wrócić.

Co dalej z ideą szlaku? Trasa pokonana, rekonesans zrobiony… Wiadomo, że na tym wszystko się nie skończy. Będzie między innymi książka. 

Jestem przekonany, że Wisła jak najbardziej zasługuje na to, żeby taki szlak powstał. Jest przepiękna. Wiele miejsc prosi się o to, by taki szlak był i byśmy mogli nim wędrować, nie patrząc w aplikację albo w GPS, który nas prowadzi, ale patrząc po prostu na oznakowaną ścieżkę i te elementy, które nas prowadzą, czyli oznaczenia szlaku. Służę swoim doświadczeniem, służę swoją wiedzą. Będę podejmował starania w kolejnych miesiącach, aby taki szlak udało się wytyczyć. Wiem równocześnie, że będzie to praca rozłożona na lata i nie będzie to rzecz prosta, ale zdecydowanie warto te ideę kontynuować. Chyba potwierdzeniem tego wszystkiego są te wszystkie osoby zainspirowane moją wędrówką, które każdego dnia wieczorem na Facebooku pisały o tym, że ta moja podróż jest ważna dla nich jednostkowo, personalnie.

Kiedy wyruszałem w tę podróż, nie myślałem, że taka książka powstanie. Teraz już jestem pewien. Po namowach tych wszystkich osób śledzących naszą wędrówkę, razem z Dominikiem Szczepańskim, który był odpowiedzialny za dokumentację pisaną tego marszu, podjęliśmy decyzję, że taka książka musi powstać. Wierzę, że powstanie. W tym celu uruchomiliśmy przedsprzedaż, która pozwoli nam oszacować czy mamy szansę na jej wydanie. Po szczegóły zapraszam na mateuszwaligora.com.

W książce zapewne znajdą się wskazówki i opisy miejsc, przez które przechodziłeś, ale jak wygląda też ta droga prawna, by realnie ten szlak mógł powstać? Kto musi w tę działalność się włączyć, by cała ta idea zmaterializowała się w postaci oficjalnego szlaku?

Kiedy rozpoczynałem tę wędrówkę, to byłem przekonany, że można coś takiego zrobić jako inicjatywę oddolną osób zainspirowanych długodystansowymi wędrówkami. Teraz już wiem, że ilość pracy, ilość pieniędzy, które pochłonie taki projekt, będzie trudna do opanowania przez kilka osób. Jednocześnie już na szczeblu ustawodawczym na pewno trzeba będzie wprowadzić zmiany dotyczące np. biwakowania. Może nie powinienem tego mówić, ale w Polsce biwakowanie poza miejscami wyznaczonymi jest nielegalne, więc większość biwaków, które rozbiłem nad Wisłą, to były rzeczy nielegalne. To trzeba zmienić. Zdecydowanie warto i wszyscy na tym zyskamy. Na pewno bardzo ważna będzie edukacja – uczenie tego jak należy biwakować, jak robić to w sposób rozsądny, jak nie zostawiać za sobą śladów biwaku nawet w miejscach do takiego nocowania wyznaczonych. Wierzę, że książka, którą piszemy, może być też przyczynkiem do tego waloru edukacyjnego dotyczącego marszu wzdłuż Wisły.

Za ile dni po powrocie do domu znów zaczniesz myśleć o wyruszeniu w wędrówkę?

Ja nigdy nie zaczynam myśleć o wyruszeniu na kolejną wędrówkę. Ja myślę o tym od początku marszu wzdłuż Wisły. Już wiem, co chciałbym robić na kolejnych wyprawach. Jeśli otworzy się świat, jeśli uda się opanować pandemię, to oczywiście będę chciał wyjechać do Australii i zrealizować plan, do którego przygotowywałem się od 2 lat. Jeśli to nie będzie możliwe, to wydaje mi się, że zabiorę wszystkich słuchaczy RMF FM na wyprawę polskim wybrzeżem po morskie opowieści.

Siedem województw, kilkadziesiąt miast, setki wiosek

Waligóra w swoją podróż wyruszył 2 września z trójstyku granic – polskiej, czeskiej i słowackiej. Potem odwiedził źródła Wisły na zboczach Baraniej Góry, a następnie kierował się na północ, by po 46 dniach dojść do ujścia największej polskiej rzeki w Morzu Bałtyckim. Wzdłuż jej brzegów przemierzył siedem województw, kilkadziesiąt miast, setki wiosek. Najczęściej spał w namiocie, a sprzęt ciągnął na przyczepce.

Gdyby nie pandemia, tej wyprawy prawdopodobnie by nie było. Waligóra od lat jeździ w najbardziej odludne miejsca planety – dwa lata temu jako pierwszy samotnie przeszedł mongolską część pustyni Gobi. Pokonywał pustynie w Boliwii i Australii, a na rowerze przejechał Andy.

W ciągu 46 dni miał wiele przygód – odkrył piękno Puszczy Niepołomickiej, spał na pokładzie jedynej na świecie łodzi typu dubas, obok jego namiotu odbywało się rykowisko, a w okolicach Oświęcimia spotkał olbrzymiego jelenia. Nad Wisłą, jedną z ostatnich dużych dzikich rzek Europy, Waligóra widział setki tysięcy ptaków, ale też dziesiątki nielegalnych wysypisk śmieci.

Źródło:rmf24.pl