Trwa napinka związana z tzw. pandemią koronawirusa, lekarze nie chcą widzieć pacjentów twarzą w twarz, więc – podobno – z obawy przed wirusem „leczą” przez telefon. Tymczasem starsi i schorowani tracą pieniądze, zdrowie i czas.

Po sieci krąży filmik, w którym szczera do bólu emerytka torpeduje absurdy związane z funkcjonowaniem służby zdrowia w trakcie epidemii. – Po jasną cholerę, ja przez 44 lata i teraz przez 20 na emeryturze płaciłam na fundusz zdrowia? Po co ja to robiłam? Czy mnie ktoś się spytał czy ja chcę? Bo gdybym ja te pieniądze odłożyła sobie, to ja bym gwizdała w tej chwili na służbę zdrowia – stwierdziła zdenerwowana.

Dalej kobieta swoją historią uświadamia jak kosztowne i trudne jest dla starszych ludzi zadanie pt. przetrwać pandemię. – W tym miesiącu byłam u neurologa, u okulisty – prywatnie – bo mam jaskrę – powiedziała i dodała, że przed wirusowym szaleństwem wizyta kosztowała 100 zł, a teraz już płaci 150 zł.

Później trzeźwo myśląca pani zwróciła uwagę na wybiórcze obawy medyków. – Lekarze teraz mają żniwa. Dlaczego lekarz w prywatnym gabinecie się nie boi przyjąć, a w przychodni się boi? – pytała.

Dalej zdradziła, że w tym miesiącu czeka ją jeszcze wizyta u ortopedy, a to oznacza, że za prywatne wizyty w sumie zapłaci 450 zł. – A leki? Z czego ja mam żyć? To jest sprawiedliwość? Niech to szlag trafi taką sprawiedliwość – pytała rozgoryczona.

W trakcie wywiadu emerytka poddała też w wątpliwość istnienia pandemii – Za nim ten wirus przyszedł… Czy on w ogóle przyszedł, czy on jest czy go nie ma to cholera jedna wie – powiedziała.

Poglądy starszej pani pokazują, że nie tylko młodzi postrzegają wolność gospodarczą jako drogę do lepszego życia. Mimo, że emerytka większość swojego życia funkcjonowała w PRL to brzydzi się socjalizmem, który do tej pory toczy polską służbę zdrowia. Koniec końców, żeby się leczyć i tak musi płacić z własnej kieszeni.