mikofon / autor: Pixabay
mikofon / autor: Pixabay
Maksymilian Wysocki

Maksymilian Wysocki

Dziennikarz, publicysta, ekspert w dziedzinie wizerunku i marketingu internetowego, redaktor zarządzający portalu wGospodarce.pl

Dziennikarze, tak pewni swojej ważnej – jakby nie patrzeć nadal bardzo ważnej – pozycji i roli, powinni jednak wiedzieć te dwie rzeczy. Być może też zwrócić uwagę na trzecią sprawę. Wszystko to widać jak na dłoni analizując już wstępnie efekty pierwszego lockdownu. Coraz więcej Polaków czuje się przez nich oszukanych

Czy rzeczywiście można mówić o zmierzchu mediów tradycyjnych, zwłaszcza gdy w dobie pandemii ludzie przesiedli się na media społecznościowe? Podczas tegorocznego III Forum Wizja Rozwoju w Gdyni miałem przyjemność wziąć udział w panelu „Czy media społecznościowe zastąpią media tradycyjne?”. Przy tej okazji miałem przyjemność podzielić się wśród znakomitego forum tymi kilkoma najnowszymi obserwacjami, którymi podzielę się teraz z Państwem.

Po pierwsze coraz więcej ludzi czuje się oszukanych przez media i „grożenie koronawirusem”. To bardzo niebezpieczne z wielu względów

W dobie lockdownu media społecznościowe notowały rekordy. Rekordy notowałyu również portale informacyjne. Po lockdownie media społecznościowe nadal trzymały się świetnie, ale portale zaczęły ostro tracić. Interesowały nas obserwowane spadki w mediach internetowych, które trwały nieprzerwanie i pogłębiały się w okresie od marca (po zdjęciu „lockdownu”) do czerwca przynajmniej. W tym czasie W lipcu nastąpiło na portalach częściowe odbicie, ale – jak widać – niesmak wśród wielu ludzi pozostał.

Żeby dokładniej to zbadać, wykorzystaliśmy narzędzia, z których korzystają marketerzy do nasłuchu nastrojów i opinii o markach i produktach, by dowiedzieć się, jakie nastroje obecnie panują i jakie jest nastawienie do kwestii odbioru zagrożenia koronawirusem.

Odkryliśmy, że w tym czasie odsetek osób przekonanych, że pandemia koronawirusa to swego rodzaju oszustwo jest coraz więcej, a z końcem okresu wakacyjnego ich liczba oraz aktywność gwałtownie przyspieszyła.

Wzmianek „koronawirus + ściema” we wszelkich mediach społecznościowych oraz na forach internetowych w ciągu 30 dni, między końcem lipca, a końcem sierpnia, notujemy ponad 53 tysiące. W ujęciu miesiąc do miesiąca, to wzrost aż o 35 tysięcy, czyli o 203 proc. Jeszcze na koniec lipca, swego rodzaju „efektem motyla” – zasięgiem wirusowym, dyskusje zawierające takie sformułowania docierały do 2 mln użytkowników wszelkich internetowych społeczności. Dziś docierają do 8 mln. Przez ostatnie 30 dni łączny zasięg dyskusji z takimi frazami wyniósł… 60 mln użytkowników (wzrost o 187 proc. m/m). Finalnie oceniliśmy, że wzrost o +796 proc. liczby ludzi używających tej frazy w komentarzach na stronach największych mediów, a nie tylko w komentarzach pod postami w mediach społecznościowych – ludzi przekonanych, że koronawirus to ściema – oznacza ofensywę na główne media i tę opinię podtrzymujemy.

Czasem rola mediów jest niewdzięczna. Najczęściej też ludzie szukają kozła ofiarnego. Najłatwiej znaleźć go w „osobie” mediów i odwiecznego „media kłamią”. Szkoda, że zapomina się o roli WHO i jej kluczowej roli w całej tej pandemicznej rozgrywce. Chciałoby się rzecz „nie zabijajcie posłańca”, ale tych posiadających już ugruntowane zdanie w temacie COVID-19 to raczej nie przekona.

Po drugie: dziennikarze i politycy ofiarami własnej bańki informacyjnej

Punktem wyjścia panelu prowadzonego przez Dorotę Kanię, redaktor naczelną Telewizji Republika, była teza, że media społecznościowe już dawno swoim zasięgiem pokonały media tradycyjne, a Twitter stał najbardziej popularnym kanałem komunikacyjnym, a przez to „czy rzeczywiście można mówić o zmierzchu mediów tradycyjnych?”. To prawda, ale po części prawda.

Tu gwoli ścisłości, Twitter obok najpopularniejszych mediów społecznościowych nawet nie stał. Chyba, że uznamy, że wśród mediów najbardziej opiniotwórczych, gdzie skupiona jest forpoczta dalszego dyskursu. Wtedy możemy się nad tym zastanawiać, ale czy i jakie przełożenie mają dyskusje tam na dalsze dyskusje w sieciach społecznościowych i realną opinię publiczną, to już zupełnie inna sprawa. Twitter to nadal mikrus w skali dyskursu społecznego. Społeczeństwo żyje i dyskutuje gdzie indziej.

Dużo światła tu rzucają dane reklamowe. Pod kątem dotarcia do użytkowników z treściami reklamowymi w Polsce najsłabiej wypada właśnie Twitter. Na platformie mikroblogowej reklamodawcy mogą dotrzeć do 1,25 miliona użytkowników, czyli 3,8 proc. całkowitej populacji mającej powyżej 13 lat. Mało tego, popularność Twittera znów spada. To spadki blisko pięcioprocentowe. W przeciwieństwie do poprzednich serwisów, w większości odbiorcami reklam na Twitterze są przede wszystkim mężczyźni i stanowią aż 65,7 proc. użytkowników.

Polacy żyją na dwóch innych platformach. To YouTube i Facebook. Dla porównania, w przypadku Facebooka w Polsce możemy mówić o możliwościach dotarcia z treściami reklamowymi do 16 milionów użytkowników. Ponad 53,4% z nich to kobiety. Zasięg reklamowy dla wszystkich mieszkańców naszego kraju powyżej 13 roku życia to 49 proc. Te dane w ciągu ostatniego kwartału się nie zmieniły.

Instagram posiada w Polsce 7,3 miliona użytkowników, do których mogą dotrzeć za pomocą aplikacji reklamodawcy. Jest to 22 proc. całkowitej populacji naszego kraju powyżej 13 roku życia. Możliwości zasięgowe wraz z biegiem czasu rosną (+7,4 proc. w przeciągu kwartału). Reklamy w aplikacji częściej odbierane są przez kobiety. 58,3 proc. odbiorców w Polsce to właśnie Panie.

Nawet LinkedIn, pod względem zasięgu oddziaływania w społeczeństwie, jest lepszym pomysłem, ze znacznie większymi możliwościami wpływu, w bardzo biznesowym i gospodarczym, profesjonalnym audytorium. Reklamowo LinkedIn twierdzi, że z treściami reklamowymi możliwe jest dotarcie do 3,7 miliona użytkowników w Polsce. Jest to 12 proc. osób powyżej 18 roku życia i ta liczba ciągle rośnie. Sprawdzono, że w serwisie treści reklamowe nieco częściej trafiają do płci męskiej (53,3 proc.).

Dlatego, od lat, twierdzę, że na Twitterze są głównie politycy, dziennikarze i bezrobotni i kiszą się we własnym sosie, w oderwaniu od społeczeństwa. Oczywiście, gdzie politycy i dziennikarze, tam też należy dodać specjalistów od PR. Ale stawianie znaku równości między „burza na twitterze”, a „burza w polskim internecie” od lat mnie bawi i jeśli ktoś robi prognostyki odbioru społecznego dla całego społeczeństwa na podstawie twitterowego grona, które można określi kategorią „news junkies” (uzależnieni od informacji), to nic dziwnego, że nie ma pojęcia o polskim społeczeństwie i tym co je interesuje oraz jak odbiera wydarzenia polityczne. Politycy i dziennikarze na szczęście chyba powoli wychodzą z tej bańki. Być może zbyt powoli.

Jest i trzecia rzecz…

Kiedyś rola dziennikarza była jasna, bo jasny był przepływ informacji. Dziennikarz był tzw. Gatekeeperem. Można rzec, że w pewnym sensie był też pierwszym cenzorem. To dziennikarze decydowali o tym, która informacja jest prawdziwa, która nieprawdziwa, która ważna, która nieważna. Dziś, dzięki mediom społecznościowym, obieg informacji jest zupełnie chaotyczny i bardziej przypomina zabawę w głuchy telefon oraz pocztę pantoflową niż jakikolwiek liniowy schemat. Jeśli społeczność w mediach społecznościowych porównać do sieci neuronów, to informacja jest wirusem, który zarażając jeden węzeł promieniuje na kolejne. W sieci neuronowej trudno walczyć z takim wirusem, zwłaszcza gdy jest to fake news.

W pompowaniu fake newsów w sporej mierze poza radarem dziennikarzy pomagają kompleksy. Sam w dobie lockdownu wygrałem ze trzy dobre butelki whiskey, idąc o zakład czy faktycznie rząd planuje za moment wprowadzić do Warszawy wojsko, zamykając miasto i poszczególne dzielnice. Za każdym razem osoba, która pocztą pantoflową, w wiadomości prywatnej, dzieliła się taką informacją, powoływała się na wysoko postawionego znajomego w rządzie, albo w którymś ministerstwie. Oczywiście, każdy taki zakład wygrałem. Jak na ironię, każda z tych osób, podkreślę, powołująca się na wysoko postawionego dobrego znajomego w administracji państwowej, po przegranym zakładzie na okoliczność uregulowania „rachunku” okazywała się niespłacalna.

Podczas gdyńskiego panelu padło też pytanie o to, czy wyobrażamy sobie przyszłość bez dziennikarzy. Jak na ironię, byłem jedynym, który stwierdził, że oczywiście tak. Bo wyobrażam sobie społeczeństwo przyszłości, które zmartwione jest tylko tym, by jeść, pić, spać i konsumować. Byłaby to oczywiście dystopia, ale już nam do niej nie tak daleko. Zbyt wielu ludzie zbyt niewiele interesuje już dziś. Widzieliśmy to zresztą też w lockdownie w pandemii. Konferencja ministra, czy premiera na własnym kanale w mediach społecznościowych. Jeśli społeczeństwo interesowałaby tylko konsumpcja, to śledziłoby tylko kanały swoich ulubionych marek. Okazjonalnie mogłoby mieć podgląd na alerty administracji państwowej. To nie jest tak dalekie i niemożliwe, jeśli dziennikarze stracą autorytet w weryfikowaniu faktów i nadawaniu informacji jej rangi.

Co jednak każe zadać sobie pytanie: jeśli informacja jest naszym, dziennikarzy, towarem, to gdzie i w jaki sposób, w nowym obiegu informacji, powinien dziś odnaleźć się dziennikarz? Bo jak widać, portal informacyjny to już dziś za mało, by jakkolwiek kontrolować, czy wpływać na wiarygodność informacji szalejących po sieci, które – zanim zostaną zweryfikowane – już zdążą zarazić czasem tysiące, czasem miliony. I to pytanie dla przyszłości tego zawodu w dzisiejszym obiegu informacji uważam za bardzo ważne i nadal otwarte.

Maksymilian Wysocki

w.gosporarce.pl