Mateusz Morawiecki i pieniądze. Foto: PAP
Mateusz Morawiecki i pieniądze. Foto: PAP

Inflacja, czyli „ukryty podatek od rządu”, szaleje i przyczynia się do wzrostu cen w Polsce. Po chwilowym wyhamowaniu w maju, w czerwcu wbrew prognozom ekonomistów znów wzrosła.

Czerwiec, czas po lockdownie, miał przynieść kolejny spadek inflacji, która już w maju wynosiła 2,9 procent. Tak się jednak nie stało i w szóstym miesiącu roku odnotowano inflację na poziomie 3,3 procent, czyli wyższym od poparcia Roberta Biedronia i Władysława Kosiniak-Kamysza.

– W czerwcu ceny w Polsce były średnio o 3,3 proc. wyższe niż rok wcześniej. Z kolei w porównaniu z majem tego roku wzrosły o 0,7 proc. – podaje GUS.

Rzeczywistość kompletnie rozjechała się z oczekiwaniami ekonomistów. Zakładali oni, że inflacja spadnie do poziomu 2,8 proc., a wzrost cen miesiąc do miesiąca miał wynieść zaledwie 0,2 proc.

Po trzech miesiącach, kiedy inflacja była niższa, teraz ponownie przyspieszyła. I nie ma w tym nic dziwnego, skoro rząd w ramach polityki luzowania ilościowego, zdecydował się na zwiększanie podaży pieniądza, a także RPP podjęła decyzję o obniżeniu stóp procentowych do zera.

Noblista Milton Friedman nazywał inflację ukrytym podatkiem, który rząd może nałożyć bez ustawy. Jest ona wynikiem działań rządu i przyczynia się do wzrostu cen, a także jest niekorzystna dla oszczędzających, bowiem wartość pieniądza spada.

Polska jest niechlubnym wyjątkiem na mapie Europy. W krajach położonych na Zachód inflacja wyhamowuje i to znacznie po tzw. pandemii. W ujęciu rok do roku najbardziej wzrosły ceny żywności, które są obecnie o 5,8 proc. wyższe niż w czerwcu 2019 roku.

n.czas.com