Grób zamordowanego Krzysztofa Olewnika na cmentarzu zabytkowym w Płocku.
Grób zamordowanego Krzysztofa Olewnika na cmentarzu zabytkowym w Płocku. (Fot. PAP)

„Kluczowy świadek dla wyjaśnienia okoliczności uprowadzenia i zabójstwa Krzysztofa Olewnika, nie został przesłuchany jako zmarły, chociaż… żyje” – pisze dziennikarz śledczy „Najwyższego Czasu!”, Leszek Szymowski. Poniżej lektura całego artykułu.

Na początku września 2003 do bramy luksusowej posesji w miejscowości Korzeń Rządowy pod Płockiem zadzwonił listonosz. Niósł list polecony z warszawskiej prokuratury z wezwaniem na przesłuchanie dla Macieja Książkiewicza – komendanta policji w Płocku.

Termin wyznaczony był na poniedziałek, 22 września 2003. Przesłuchanie miało być przełomowe – Włodzimierz Olewnik i jego pełnomocnicy chcieli zadać Książkiewiczowi szereg niewygodnych pytań dotyczących jego powiązań ze światem przestępczym, w tym z osobami odpowiedzialnymi za porwanie Krzysztofa.

Książkiewicz miał się wytłumaczyć z tego, co robił – jako szef policji – po porwaniu młodego biznesmena, gdy nadzorował pracę grupy, która go szukała. Sama decyzja, by przesłuchać Książkiewicza, była sukcesem rodziny Olewników, która od ponad roku zabiegała w warszawskiej prokuraturze (sygnatura akt V Ds 290/02) o przesłuchanie go w charakterze świadka, ale prokuratura nie widziała powodów.

Gdy w końcu ustąpiła i wysłała wezwanie na przesłuchanie, Włodzimierz Olewnik nie wiedział, że jego syn został właśnie zamordowany. Czy to zbieżność przypadkowa? Nie sądzę.

Policjant umiera

Maciej Książkiewicz na przesłuchanie nie dotarł. Nocą 20/21 września 2003 zmarł. Oficjalnie na zawał serca. Zachował się akt zgonu i protokół sekcji zwłok, który właśnie zawał serca wskazuje jako przyczynę śmierci. I tu zaczyna się ciąg zagadek.

W protokole nie ma informacji gdzie odbyła się sekcja zwłok (sic!). Oba dokumenty (akt zgonu i protokół sekcji) podpisał lekarz od wielu lat zaprzyjaźniony z Książkiewiczem, prywatnie jego sąsiad.

Kilka dni później, przesłuchiwany przez policję, zeznał, że widział zwłoki komendanta ale potem, już po sekcji, którą sam przeprowadził, podjął decyzję o kremacji, zawiózł zwłoki do krematorium a potem urnę z prochami zabrał w Bieszczady, tam ją otworzył i rozsypał prochy. W ten sposób, jak tłumaczył, wypełnił ostatnią wolę swojego przyjaciela, spisaną w testamencie.

Ta relacja ubliża inteligencji tego, kto jej słucha. O „ostatniej woli” Książkiewicza nikt nie słyszał, nawet najbliższa rodzina, nikt też nie widział jego testamentu. Każda sekcja zwłok jest ewidencjonowana, więc łatwo można ustalić gdzie się odbyła.

W sytuacji, gdy są wątpliwości co do okoliczności śmierci, protokół sekcji zwłok trafia do prokuratury i dopiero prokurator wydaje zgodę na pochówek lub kremację. Urny otwierać nie wolno a prawo zakazuje rozsypywania prochów. Czemu pan doktor nie trafił do kryminału – dobre pytanie.

Mój informator z płockiego CBŚP mówi wprost: to postać ciemna, uwikłana w różne niejasne sytuacje, był szantażowany kompromitującymi materiałami.

Zamkniętą i zalutowaną trumnę wystawiono na widok publiczny a 26 września 2003 odbył się na płockim cmentarzu pogrzeb Książkiewicza. Udział wzięły delegacje z całego Mazowsza. Warszawska prokuratura sporządziła adnotację w aktach, że przesłuchanie niemożliwe, bo świadek zmarł.

Policjant „ożył”?

Mamy lato roku 2009. J. – agent specjalny Centralnego Biura Antykorupcyjnego – prowadził sprawę dotyczącą podejrzenia wręczenia jednemu z lokalnych polityków korzyści majątkowej o znacznych rozmiarach.

Z politykiem tym kontaktował się obywatel innego kraju mówiący biegle po polsku i reprezentujący prywatną spółkę (w 2009 roku otwierała ona swoje przedstawicielstwo w Polsce). Agent specjalny J. zarejestrował z ukrycia rozmowę obu mężczyzn. Zwrócił uwagę, że cudzoziemiec mówi płynnie po polsku.

Cudzoziemiec został objęty całodobową obserwacją, a na jego telefon założono podsłuch. Agenci ustalili, że mężczyzna jeździ po Polsce nowoczesnym samochodem należącym do wypożyczalni. Gdy auto stało na parkingu, zdjęli z klamki jego odciski palców. Minęło kilka tygodni, gdy analiza porównawcza wykazała, że odciski te są identyczne z liniami papilarnymi Książkiewicza.

Agent J. zorientował się, że sprawa jest co najmniej zaskakująca, bo Książkiewicz nie żył prawie od sześciu lat. Żeby było jeszcze ciekawiej, tajemniczy cudzoziemiec kilkakrotnie mówił, że firma, którą reprezentuje, ma szerokie kontakty w Płocku (zostało to nagrane z ukrycia).

Agent odchodzi z CBA

Całą sprawę agent specjalny J. opisał w notatce do swoich przełożonych z sugestią pilnego wyjaśnienia, kim naprawdę jest rozpracowywana osoba. Agent J. nie skończył jednak sprawy. Kilka tygodni później, po słynnej „aferze hazardowej”, odwołany został ówczesny szef CBA Mariusz Kamiński, a po nim ze służby odeszli związani z nim ludzie w tym właśnie agent J. Sprawa tajemniczego cudzoziemca nie była dalej prowadzona i utknęła w martwym punkcie.

Agentowi J. w tej dziwnej sprawie pomaga agent S. Dziś na emeryturze, poza służbą, ekspert od bezpieczeństwa biznesu. W 2011 roku jest drugą osobą, która potwierdza mi tę historię.

W 2010 roku o sprawie dowiaduje się Włodzimierz Olewnik. Zszokowany, prosi o pomoc Jerzego Godlewskiego – prywatnego detektywa, który wcześniej mu pomagał odnaleźć syna. Zleca mu sprawdzenie, czy Książkiewicz żyje.

Godlewski nie zdąży się zająć sprawą. W 2010 roku trafia do aresztu z zarzutami popełnienia 17 przestępstw. Zarzuty to stek bzdur, po latach z 16 z nich sąd Godlewskiego prawomocnie oczyszcza (17 zostaje umorzony z powodu przedawnienia).

W międzyczasie pojawia się szereg innych informacji potwierdzających, że Maciej Książkiewicz żyje za granicą pod zmienionym nazwiskiem. Zmieniają się też prokuratury prowadzące śledztwo w sprawie Olewnika: Warszawa, Olsztyn, Gdańsk, Kraków.

Żadnej ta sprawa nie interesuje.

Kolejne wątki sprawy na profilu Facebookowym Leszka Szymowskiego.

n.czas.com