Rząd wprowadził wczoraj stan zagrożenia epidemicznego. Jest kilka wersji dalszych zdarzeń © PAP Rząd wprowadził wczoraj stan zagrożenia epidemicznego. Jest kilka wersji dalszych zdarzeń

Cel jest jeden: zdusić wirusa. Temu podporządkowano wszelkie działania. Ale to za mało: premier Mateusz Morawiecki powinien widzieć różne wymiary sytuacji i zadbać o zbalansowanie rządowej strategii. Cóż, wybrał inaczej.

  • W strategii walki z wirusem rząd patrzy tunelowo: wszystko podporządkowano celowi ograniczenia liczby zakażeń.

  • W niektórych sprawach można było precyzyjnie ciąć skalpelem. Zamiast tego użyto maczety z fatalnymi konsekwencjami dla gospodarki.

  • Wprowadzając drastyczne ograniczenia, rządzący nie wzięli pod uwagę ludzkiej psychiki. Za kilka tygodni po obecnym entuzjazmie nie będzie śladu.

Weszliśmy w okres bez precedensu w historii III RP. Coś jak połączenie czasu po 10 kwietnia ze stanem wojennym, wprowadzonym 13 grudnia 1981 r. W pierwszych godzinach, można było obserwować typową dla Polaków emocjonalną reakcję: wspaniale, że rząd działa zdecydowanie, brawo premier i ministrowie, szczególnie minister zdrowia Łukasz Szumowski, zwyciężymy, pokonamy, wspólnota zostanie scementowana, w trudnych momentach wszyscy stoimy razem. I to się zapewne utrzyma przez pierwsze dni.

Ja jednak wystąpię w mojej ulubionej roli Kasandry. Kasandra, jak wiadomo, była córką króla Troi Priama, którą miłością obdarzył Apollo, dając jej dar jasnowidzenia. Ale że Kasandra jakoś się do boga nie paliła, wściekły Apollo sprawił, że w jej przepowiednie nikt nie wierzył. To się na trojanach okrutnie zemściło, bo wbrew przestrogom Kasandry wprowadzili w mury miasta drewnianego konia, pozostawionego przez Achajów, którzy pozornie się wycofali. Co było dalej – wiemy.

Jak śpiewał o Kasandrze Jacek Kaczmarski:

Strzeżcie się tryumfu jest pułapką losu

I nic nie znaczą wrogów naszych hołdy

Jeden jest ogień którym płoną stosy

Miecz o dwóch ostrzach trzyma tępy żołdak.

„Strzeżcie się tryumfu, jest pułapką losu” – te wersy chciałbym przede wszystkim zadedykować tym, którzy dziś dowodzą, że idziemy jedyną możliwą drogą, że rząd działa wspaniale, a alternatywą jest włoska klęska. Moją rolą jako publicysty nie jest tworzenie podnoszącej na duchu propagandy, ale wskazywanie słabych punktów i pobudzanie wątpliwości.

Tak, rozumiem cel, sposób myślenia i logikę działań rządu. Uważam jednak, że ta logika może (choć nie musi) okazać się błędna i że wcale nie jest jedyną możliwą. Mamy tutaj przypadek tunelowego widzenia problemu. Widzenie tunelowe to niebezpieczne zjawisko na przykład podczas prowadzenia samochodu. Sprawia, że uwaga i wzrok skupia się tylko na jednym punkcie, podczas gdy nie dostrzega się tego, co dookoła. Można nie zauważyć choćby pojazdu wyjeżdżającego z bocznej ulicy lub dziecka na chodniku, które może wybiec pod koła.

Trzy cele rządu

Rząd patrzy tunelowo, mając tylko jeden naczelny cel, któremu wszystko inne zostało podporządkowane: zduszenie rozprzestrzeniania się epidemii wszelkimi możliwymi środkami, bez względu na cenę i skutki. To strategia dość oczywista i zastosowana w wielu krajach. Podobnie zaczynają działać choćby Czesi. Jej założenia są dość proste.

Po pierwsze – nie wolno dopuścić do kumulacji wymagających hospitalizacji przypadków, zwłaszcza ciężkich, bo tego nie zniesie system opieki zdrowotnej.

Po drugie – liczymy, że kupimy czas, w którym będziemy w stanie doposażyć służbę zdrowia.

Po trzecie – liczymy, że epidemia zacznie wygasać w naturalny sposób, również dzięki wyższym temperaturom.

Architektem tej strategii w rządzie jest minister Szumowski, ale do niego nie sposób mieć pretensji. Jest lekarzem i ma się zajmować swoją dziedziną. Nie musi rozumieć ani gospodarki, ani psychologii społecznej. Działa zresztą z wielkim poświęceniem i należy mu się za to ogromny szacunek oraz podziękowanie. Można natomiast kwestionować decyzje Mateusza Morawieckiego, bo to on powinien widzieć różne wymiary sytuacji i zadbać o zbalansowanie rządowej strategii. Cóż, premier wybrał inaczej.

Wielka Brytania idzie inną drogą

Warto przyjrzeć się drodze brytyjskiej, przyjmowanej w Polsce z niezrozumieniem, zresztą elastycznie modyfikowanej. Tam władza wzięła pod uwagę dodatkowe czynniki. Pierwszy to stan gospodarki. Drugi to psychiczna odporność ludzi i ich gotowość na znoszenie bardzo daleko idących niedogodności w momencie, gdy będzie to najbardziej potrzebne. Trzeci to pytanie, czy daleko posunięte restrykcje są w stanie zapobiec masowemu zakażaniu się, a jeśli tak, to w jakim stopniu i jakim kosztem. Czy więc są na pewno opłacalne. Brytyjczycy lubią i umieją kalkulować.

Można odnieść wrażenie, że polski rząd w ogóle nie zawraca sobie tym głowy, a niektóre restrykcje mają charakter nie chirurgicznych cięć, ale ciosów maczetą. Na przykład decyzja o zamknięciu niemal wszystkich sklepów w centrach handlowych wzięła się z obserwacji, że w tych miejscach snują się młodzi ludzie, zwolnieni ze szkoły. Snuli się najpewniej dlatego, że rodzice pracują i nie są w stanie upilnować potomstwa w ciągu dnia. Można było jednak zadziałać precyzyjniej, walcząc z tym konkretnym problemem (jeżeli to w ogóle jest problem). Tymczasem spowodowano, że dziesiątki tysięcy biznesów znajdą się na krawędzi upadku, bo centra handlowe to nie tylko duże sieci różnego rodzaju, ale też mnóstwo małych punktów, które jednak jakiś obrót by notowały. Mały bo mały, ale zawsze. Konsekwencje już tylko tego będą porażające.

Nawiasem mówiąc, rozporządzenie ministra zdrowia łamie w tym punkcie specustawę, ponieważ ta wyraźnie mówi w art. 46., że ograniczenia tego typu mogą być tylko czasowe (czyli z określonym terminem zakończenia), a rozporządzenie o stanie zagrożenia epidemicznego nie ma terminu końcowego. To też przykład lekceważącego stosunku do przedsiębiorców, którzy i tak są w dramatycznej sytuacji, bo brak momentu zakończenia restrykcji nie pozwala niczego zaplanować.

Jest jeszcze życie po epidemii

Czytam oczywiście od wczoraj niemal bez przerwy, że „to tylko pieniądze”, „że życie jest najważniejsze”. To slogany. Brutalna rzeczywistość jest taka, że trzeba myśleć również o stanie państwa po zakończeniu epidemii. Wskutek wprowadzonych regulacji obudzimy się, daj Boże, za kilka tygodni w stanie gospodarczego dramatu, w następstwie którego setki tysięcy, jeśli nie miliony Polaków będą mieć na kontach same zera, a biznesów nie da się już reanimować.

Mądrość i przewidywanie polegają również na tym, że patrzeć trzeba dalej niż tylko jeden, dwa ruchy naprzód. A nie mamy tu wyboru zero-jedynkowego: albo zamykamy wszystko, albo wszyscy umieramy. Tymczasem trochę tak potraktował sprawę rząd.

Druga kwestia to odporność psychiczna ludzi na bezprecedensowe ograniczenia. Brytyjczycy, wspierając się analizą behawioralną, uznali, że muszą z ewentualnymi skrajnymi restrykcjami wycelować w moment, gdy będą one najbardziej potrzebne, ponieważ ludzie mają ograniczoną w czasie zdolność do ich znoszenia. Polska działa inaczej: z wachlarza restrykcji możliwych bez wprowadzania stanu nadzwyczajnego pozostał do wprowadzenia już właściwie tylko zakaz przemieszczania się.

„Nie da się długo siedzieć na bagnetach”

Nie trzeba szczególnej przenikliwości, żeby wiedzieć, jakie etapy będą przechodzili ludzie. Początkowy entuzjazm wobec zdecydowania rządu potrwa kilka dni. Potem zacznie się coraz bardziej nużąca rutyna. Po dwóch tygodniach rodzice zaczną mieć problem, jak dalej zajmować się siedzącymi w domu dziećmi. Pojawi się problem tegorocznych egzaminów maturalnych.

Za niecały miesiąc ludzie będą chcieli w miarę normalnie przygotować się do Świąt Wielkanocnych. Niektórzy będą myśleć o długim weekendzie. Przymusowe siedzenie w miejscu – przy założeniu nadal zamkniętych kin, teatrów, centrów handlowych – zacznie drażnić i irytować. Do tego dojdzie rosnący lawinowo niepokój o swoją sytuację finansową i zawodową. W niektórych przypadkach to będzie panika. Będzie rosła presja na wyznaczenie jakiegoś momentu zakończenia restrykcji, a zarazem coraz bardziej będzie się rozluźniać dyscyplina. Być może w momencie, gdy będzie najbardziej potrzebna.

Jak powiedział niegdyś Napoleon – nie da się długo siedzieć na bagnetach. Podobnie tutaj: restrykcje, jakie wprowadził rząd, mogą przy względnej akceptacji przetrwać miesiąc, może półtora, ale potem zaczną się odruchy buntu. To oczywiście będzie zależeć i od wyników polskiej strategii. Ale postawiłbym tezę, że wbrew powszechnemu poglądowi rząd jest tutaj w sytuacji typu lose-lose (przegrać, albo przegrać).

Mechanizm akceptacji

Jeśli liczba zakażonych i zgonów będzie rosła, pojawi się argumentacja, że drakońskie ograniczenia nic nie pomogły, a dodatkowo rozłożyły gospodarkę. Ludzie i tak umierają, a pozostali za moment nie będą mieli za co kupić chleba. Jeśli liczba zakażonych i zgonów będzie pod kontrolą, ludzie zaczną żądać zakończenia quasi-stanu wyjątkowego, bo uznają, że nie ma uzasadnienia. Pojawi się też mechanizm, o którym dziś nikt nie chce mówić – rosnąca akceptacja dla obecności COVID-19 w naszym życiu. Jeśli ludzie zdrowi lub niewymagający hospitalizacji po jakimś czasie staną wobec dramatu finansowego, psychicznego znużenia, rosnącego zaniepokojenia swoją sytuacją życiową – nie zdrowotną – ich hierarchia zacznie się zmieniać. Coraz więcej z nich zacznie dochodzić do wniosku, że z jakąś liczbą ofiar trzeba się pogodzić, jeśli w zamian życie mogłoby wreszcie wrócić do normy.

Jedyna sytuacja wygranej rządu to ta, w której epidemia osiada po najdalej miesiącu, obojętnie, z jakiej przyczyny. Szczerze nam wszystkim bym tego życzył, ale zakładanie najbardziej optymistycznego wariantu oznacza brak realizmu.

Polityka w czasach zarazy

Na to nakłada się jeszcze aspekt polityczny. Dziś PiS nie chce rozmowy o wprowadzeniu stanu nadzwyczajnego (tylko to w świetle konstytucji pozwala nie przeprowadzać wyborów w terminie majowym), bo uważa, że na razie zarabia punkty. To się jednak może zmienić: jeśli ograniczenia potrwają do początku maja, efekty będą marne, a irytacja będzie rosnąć – role się odwrócą. To PiS zacznie dążyć do przełożenia wyborów, a opozycja będzie chciała, aby się odbyły w terminie. Z pewnością pojawi się też argument, który dziś opozycja pomija, że oba możliwe stany nadzwyczajne dają rządzącym potężne uprawnienia – o niebo rozleglejsze niż te, które dziś przyznali sobie na mocy specustawy.

Mogę się oczywiście mylić. Być może obraliśmy jedyną możliwą drogę, może każda inna jest błędna. Ale, jak wiadomo, dowodzenie post factum, że inne rozwiązania dałyby lepszy skutek, nie jest możliwe. Ja zatem – jak się pisze w sieci – to tylko tu zostawię. Czas rozstrzygnie, czy miałem rację.

msn