Polscy przedsiębiorcy zmienili zdanie. Już nie są za tym, żeby państwo przestało interesować się gospodarką, zminimalizowało swoją rolę niemal do zera absolutnego. Już nie chełpią się, że mają prowadzenie interesu we krwi i jeśli nikt im nie przeszkadza, to odnoszą sukces za sukcesem. Wystarczył koronawirus, by przemyślenia o rynku, który wszystko ureguluje, zostały głęboko zakopane. Państwo powinno wesprzeć biznes w związku z zaistniałym kryzysem – oznajmiła konfederacja Lewiatan, na co dzień awangarda agresywnego neoliberalizmu.

Co ciekawe, jeszcze pod koniec lutego połączenie „koronawirus+polska gospodarka” generowało raczej sny o potędze: na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” poważnie rozważano możliwość, by to Polska zajęła – oczywiście w części – miejsce Chin w globalnym łańcuchu dostaw. Mówiąc prościej, ostrożnie cieszono się z perspektywy, że staniemy się jeszcze większą montownią, udostępnimy, głównie podmiotom zagranicznym, jeszcze więcej taniej siły roboczej. Teraz marzenie – mało ambitne skądinąd – zastąpił blady strach.

Lewiatan niemniej nie traci głowy. Oczekuje, że państwo otworzy dostęp do preferencyjnych kredytów i pożyczek, jeszcze bardziej obniży – choćby czasowo – podatki, ułatwi ogłaszanie skróconego czasu pracy, zmieni zasady wypłacania zasiłku chorobowego, czyli weźmie na siebie część wynagrodzeń. Ba, same wynagrodzenia też zacznie częściowo wypłacać własnym sumptem, skoro już w poprzednich latach ośmieliło się podnieść płacę minimalną. Projekt poprawki do koronawirusowej specustawy w sprawie chorobowego wpłynął już zresztą do Senatu. Zapewne znajdzie tam sporo zrozumienia; komu jak komu, ale przedsiębiorcom antypisowska opozycja naprawdę chce nieba przychylać. Rząd zresztą też, kiedy akurat nie ma zapotrzebowania na ostentacyjnie prospołeczne gesty.

Dlatego nie mam złudzeń. Propozycje środowiska biznesowego zapewne zostaną przynajmniej poważnie rozpatrzone i w jakiejś części pewnie też zrealizowane. Na całość polskiego państwa zwyczajnie nie stać, zbyt gorliwie wdrażało sugestie różnych lewiatanów w poprzednich trzech dekadach. Musi też pozostać coś w budżecie na socjalne minimum, żeby w miarę przekonująco brzmiała narracja, że w kryzysowym momencie rząd PiS dokonuje patriotycznego gestu, w ramach jedności narodowej i daje 500+, i ratuje firmy, sól tej ziemi.

Fakt, że sama się prosi narracja inna: skoro państwo jednak może wypłacać pracownikom wynagrodzenia, bo inaczej całe biznesy zmiecie epidemia, to może nie tylko w kryzysowym czasie byłoby w stanie organizować produkcję i usługi? Dlaczego miałoby wdrażać specjalne środki tylko dla ratowania przedsiębiorców? Czy nie byłoby bardziej na miejscu, skoro cała dyskusja zaczęła się od choroby, zabranie się na serio za służbę zdrowia, rozmowa o takim przeformatowaniu państwowych wydatków, by mogła ona w razie epidemii naprawdę stanąć na wysokości zadania?

A na marginesie rozmów poważnych doprawdy nie byłoby mi przykro, gdyby przedstawiciele państwa głośno odpowiedzieli na enuncjacje przedsiębiorców cytatami z nich samych. Jak to rynek wszystko ureguluje, nie wolno ingerować w zachodzące na nim procesy i nigdy, przenigdy nie należy pomagać słabszym, bo sami są sobie winni. Jakość debaty publicznej w Polsce tylko by zyskała, gdyby nasi biznesowi mędrcy naprawdę na chwilę się przestraszyli i zostali zmuszeni do tłumaczenia, że z tą niewidzialną ręką to jednak nie do końca tak. Gdyby widmo tego, co sami chętnie urządzali zwykłym pracownikom, zajrzało im w oczy.

strajk.eu