W niedzielę w Pradze kolejna uliczna demonstracja organizowana przez stowarzyszenie Milion chwil dla demokracji. Jej liderom udało się w obronie demokracji zorganizować największe protesty w Czechach po 1989 roku. Tym razem pomaszerują pod hasłem „Nie chcemy iść drogą Polski i Węgier”

„Sytuację polityczną w Polsce i na Węgrzech postrzegamy jako bardzo niebezpieczną z punktu widzenia filarów demokratycznego państwa. W przypadku Polski chodzi o niezależne sądownictwo, na Węgrzech – wolne media” – mówi OKO.press Jan Piňos ze stowarzyszenia Milion chwil dla demokracji.

I dodaje: „To są najbardziej niepokojące dla nas przykłady. Ostrzegamy przed celowym niszczeniem demokratycznych instytucji w Czechach przez członków rządzącej partii ANO, komunistycznej KSČM, ksenofobicznej SPD Tomio Okamury, prezydenta Miloša Zemana i kolejnych niedemokratycznych polityków. Po to, by sprawy nie zaszły tak daleko jak w Polsce czy na Węgrzech”.

Jan Piňos podkreśla, że dla niego i dla wszystkich demokratów w Czechach polska polityka była pozytywnym przykładem demokratycznych przemian po roku 1989. Dziś służy im już jedynie jako przykład negatywny i ostrzeżenie.

Siła Miliona chwil

Milion chwil dla demokracji to w dzisiejszych Czechach największa demokratyczna siła, która żąda ustąpienia czeskiego premiera, jednego z najbogatszych Czechów i potentata branży spożywczej Andreja Babiša, i krytykuje działania prezydenta Miloša Zemana. Prezydent nie stroni od sympatii do Chin, Rosji, za to zdecydowanie nie lubi dziennikarzy.

Milion chwil dysponuje grupą aktywnych wolontariuszy w całym kraju, popierają ich liczni czescy celebryci. Stowarzyszenie organizuje antyrządowe protesty w całym kraju. Naturalnie, te najliczniejsze odbywają się w Pradze.

W czerwcu 2019 roku na Letnej manifestacji – najliczniejszym czeskim proteście po aksamitnej rewolucji – demonstrowało około 300 tys. Czechów. Równie duży protest odbył się w czeskiej stolicy w listopadzie zeszłego roku w przeddzień 30. rocznicy aksamitnej rewolucji.

Te czeskie demonstracje przypominają niekiedy rodzinne pikniki. Nie ma rac, nienawiści czy wyzwisk. Czesi protestują często z całymi rodzinami, na demonstracje przychodzi mnóstwo młodych ludzi. Protestujący trzymają czeskie i unijne flagi oraz transparenty z hasłami przeciwko premierowi Babišowi i prezydentowi Zemanowi.

Wielu ma przypięte specjalne znaczki z klepsydrą, która stała się symbolem ruchu. Wielu z nich w klapie nosi też przypinki z Jánem Kuciakiem, zamordowanym przed dwoma laty słowackim dziennikarzem śledczym.

To po zabójstwie dziennikarza i jego narzeczonej wielkie uliczne demonstracje wyszły na ulice najpierw na Słowacji, a potem w Czechach. Podczas protestów ze scen są odtwarzane wypowiedzi prezydenta Václava Havla i pierwszego prezydenta Czechosłowacji Tomáša G. Masaryka poświęcone demokracji. Demonstracjom towarzyszą występy popularnych czeskich muzyków czy aktorów.

Przeciw Babišowi

Organizowane protesty są wymierzone przede wszystkim w premiera Andreja Babiša. Demonstranci zarzucają mu konflikt interesów i przypominają, że jako właściciel ogromnego koncernu Agrofert był ścigany za podawanie nieprawdziwych informacji przy składaniu wniosków o dotacje unijne dla swojej firmy.

Protestujący Czesi zarzucają mu, że nie stara się o rozwój czeskiej demokracji, a dąży do mniejszościowych rządów jednej partii i koncentracji władzy we własnych rękach.

Ich zdaniem nie współpracuje z innymi partiami, nie respektuje tradycji konstytucyjnych i przeprowadza czystki w administracji państwowej.

Ręcznie steruje też czeskim wymiarem sprawiedliwości. Ma w rękach ogromną medialną, gospodarczą i polityczną władzę, którą wykorzystuje dla własnych korzyści. Do tego ma na koncie przeszłość agenta komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, czemu on jednak zaprzecza.

„Przeszkadza nam, że wbrew wszelkim demokratycznym zasadom premierem w naszym kraju jest ktoś, kto reprezentuje sobą wszystko to, co demokracji zagraża” – tłumaczył w jednym z wywiadów przewodniczący Miliona chwil dla demokracji Mikuláš Minář.

Sprawie dotacji w wysokości 50 mln koron (ponad 8 mln zł) na remont powiązanego z Babišem centrum konferencyjnego „Bocianie gniazdo” niedaleko Pragi przyjrzała się Komisja Europejska. Z jej analizy wynika, że jako premier Czech Babiš ma możliwość wpływać na procesy decyzyjne związane z wykorzystaniem środków z funduszy unijnych, a tym samym może pośrednio decydować o przyznaniu pieniędzy firmom, z których sam czerpie korzyści.

I może dzięki swej funkcji „wywierać wpływ na niższe szczeble władzy”. Zdaniem protestujących nie ma znaczenia, że premier przekazał swój koncern do funduszy powierniczych aby uniknąć konfliktu interesów. Władze funduszów są na mocy statutu zobligowane do ochrony jego interesów. Przekazanie kontroli jest więc czysto formalne i w gruncie rzeczy fikcyjne.

Młoda zmiana

Za organizacją antyrządowych demonstracji w Czechach stoją młodzi ludzie. Mikuláš Minář ma 27 lat, jego znajomi są w podobnym wieku. Tłumaczy, że on i jego wówczas niespecjalnie zainteresowani polityką przyjaciele obudzili się w 2017 roku.

„Zrozumieliśmy, że może dojść do naruszenia demokratycznego systemu i zwrotu na wschód, w stronę Rosji. I że przyszedł czas, by wziąć odpowiedzialność na nasz kraj” – mówił.

„Zaczęliśmy od tego, co pierwsze przyszło nam do głowy – skrzyknęliśmy się w mediach społecznościowych. Dzięki temu już po trzech miesiącach wystosowaliśmy petycję w sprawie rezygnacji premiera, byłego agenta komunistycznej policji, i w ciągu 20 dni podpisało ją 200 tys. osób. Kolejnym krokiem po petycji stały się demonstracje”.

Jeśli milion ludzi udzieli jednej chwili swego czasu

Jak tłumaczy Minář, ich celem było uświadomienie ludziom, że nie trzeba wiele, by bronić demokracji. „Nikt w Czechach nie musi oddawać za nią życia. Wystarczą drobne rzeczy – podpisanie petycji, przyjście na protest, przekazywanie informacji, śledzenie tego, co się dzieje. To są właśnie te chwile. Zamiast siedzieć w gospodzie i narzekać, możemy działać. Efekty starań każdego z nas się sumują – jeśli milion ludzi znajdzie chwilę, by zrobić coś niewielkiego, mamy szansę na duże zmiany”.

Czy do podobnych protestów może dojść w Polsce? Jego zdaniem tak – za rok, dwa, może pięć lat. „Wszyscy patrzymy na Słowację jak na pozytywny wzór, ale trzeba sobie uświadomić, że premier Robert Fico trzymał władzę na Słowacji przez 10 lat. 10 lat marazmu, zanim Słowacy wreszcie wyszli na ulicę i powiedzieli dość! Zawsze dzieje się to w podobny sposób – przez dłuższy czas frustracja narasta, wrze jak w szybkowarze, aż wreszcie następuje wybuch”.

Czeskie społeczeństwo jest jednak bardzo podzielone, co przypomina nieco sytuację w Polsce. Według badania Centrum pro výzkum veřejného mínění z początku lutego partia ANO Andreja Babiša cieszy się największym poparciem w Czechach, zagłosowałoby na nią 33 proc. wyborców.

okopress