• Wokół Jarosława Jakimowicza narosła fala kontrowersji po tym, jak przed kamerami TVP podziękował Antoniemu Macierewiczowi

  • Kilka dni później media obiegła informacja, że otrzymał pracę w telewizji, co wywołało kolejne spekulacje

  • Aktor w przeciwieństwie do wielu celebrytów nie kryje się ze swoimi poglądami politycznymi, co przysparza mu zarówno fanów, jak i wrogów

  • W połowie lat 90., zaraz po sukcesie kasowym „Młodych wilków” wydawało się, że zrobi wielką karierę

  • Jarosław Jakimowicz wydał niedawno swoją autobiografię: „Jakimowicz. Życie jak film”, którą pochwalił m.in. Olaf Lubaszenko

Gadamy?! Rzucamy się sobie zaciekle do gardeł z okrzykami: „Mój ci on” czy „Gamoń pospolity” (pozwolę sobie nie cytować znacznie dosadniejszych epitetów rozsianych po internetowych, głównie społecznościowych forach). Żeby tak jeszcze rozmawiać o poglądach, racjach i odmiennych opiniach, wymieniać argumentami. Ale gdzie tam?! Adwersarza trzeba by wysłuchać – pozwolić dokończyć mu zdania i myśli, a potem jego argumenty zbić, przyznać się, że własne takie sobie albo rozejść się w pokoju pięknie się nie zgadzając. Bój toczy się jednak zajadły, na hagiografie i paszkwile, czasem pomówienia lub szemrane przypuszczenia. Istnieje szansa, że jedni zaraz pomniki budować zechcą, z podpisem „Bohater” przez wielkie B, drudzy je burzyć i na śmietnisko na taczkach wywozić. Ot, jeszcze jedna odsłona niekończącej się wojny polsko-polskiej, w wydaniu celebryckim, o tyle groteskowa, co po prostu nużąca. I znowu emocje skierowane nie tam, gdzie spożytkować by je można.

Z drugiej jednak strony Jarosław Jakimowicz, który chwilowo stał się główną postacią tego seansu obrzucania się błotem, kpin, pochwał, braw, a nawet serii newsów medialnych, igrzysk w przeciąganiu liny, sam trochę oliwy do ognia dolewa, rzucając uśmiech i jakieś „be be be be, rozumiesz”. Bo kto to jednak widział, żeby 50-letni facet na pytanie/zaczepkę* (*wybierz właściwe dla swoich sympatii politycznych) nie tylko z tym „be…” wyskakiwał, ale okraszał je jeszcze słówkiem „upośledzony” pod adresem „przeciwnika”. Tak się ni argumentów niczyich nie zbije, ni prowokacji nie odeprze. Nie jestem też pewna czy dobrze to wróży programowi, do którego prowadzenia Jarosława Jakimowicza zaproszono – chociaż, z drugiej strony, w telewizji moda na wzajemne obrażanie się wszystkich, prowadzących i uczestników, kwitnie.

Wkroczył też Jarosław Jakimowicz na grunt kruchy – zawsze dla każdego artysty, aktora i celebryty – tak ku prawicy, jak i lewicy skłaniającego się. I może w tym jest nawet jakaś śmiałość i buńczuczność?! Nie w tym „be be” (to jednak okropne), ale w jakimś szczerym i otwartym stanowiska zajęciu, bez skrępowania i woalek. Większość gwiazd i celebrytów woli się jednak chować za pięknymi zdjęciami na Insta, bo z własnym zdaniem fanów stracić łatwo. A tsunami hejtu zapewnione. Takie to czasy, że każdy, kto się za czymś opowie, zaraz na ring wciągnięty zostanie, czy tego chcieć będzie, czy nie, o czym poświadczyć może znana z diametralnie od Jarosława Jakimowicza odmiennych poglądów Magdalena Cielecka. Chichot losu rozbrzmiewa, gdy zajrzy się do miesięcznika „Film” z lutego 1997 roku, gdzie ich nazwiska sąsiadują w leksykonie „(Roz)gwiazdy najjaśniejsze”. Tylko potem ich kariery potoczyły się… inaczej.

"Młode wilki": kadr z filmu Foto: Materiały prasowe

„Młode wilki”: kadr z filmu

W 1997 roku Jarosław Jakimowicz był tą lśniącą gwiazdą, przystojnym i przebojowym chłopakiem, w którego wpatrywały się dziewczyny, a faceci kipieli z zazdrości (lub aspirowali DO). Plakaty na ścianach. Autografy. Zdjęcia. Artykuły. Dłoń odciśnięta na Promenadzie Gwiazd na pierwszym Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach (po latach zaginęła i wróciła dopiero w 2018 roku). Achy i ochy. Dwa lata wcześniej, w 1995, zagrał w „Młodych wilkach” Jarosława Żamojdy, zdolnego operatora, który zrobił „skok w bok” i wyreżyserował buntowniczą bajkę lat tuż po transformacji systemowej (skok ten przyniósł mu nawet nagrodę w Gdyni za debiut reżyserski). Recenzenci zżymali się, że stereotypowo i płytko, psychologicznie niewiarygodnie, aktorsko wśród młodych słabawo, ale widzowie, szczególnie rówieśnicy bohaterów, doskonale się w tej stylistyce odnaleźli i bezgranicznie zakochali.

Z perspektywy lat zdawać się może, że Jarosław Żamojda (jako reżyser) był „pierwszym Patrykiem Vegą” polskiego kina. Opowiadał wartko, kolorowo, ze wpadającymi w ucho dialogami, z których część szybko zyskała kultowy status („Nie było żadnego wczoraj, nie ma żadnego jutro, jest tylko dziś”, „Dziecko masz? Nie. A żonę masz? Nie. To może masz akwarium? Mam. To masz dla kogo żyć”, itd.). Wszystko to w modnych ciuchach, ze słońcem (36 stopni w cieniu), pożądaniem i muzyką Varius Manx w tle. A także z początkiem niemal w Hitchcockowskim stylu, „od trzęsienia ziemi” – czyli z napadem na bank w pierwszych scenach. Polskie „Bevely Hills 90210” (serial nadawano u nas od 1994 roku) – takie, jakie tylko… polskie Beverly Hills mogło być: bez dzianych rodziców (chyba że byli gangsterami), z bałtycką plażą zamiast Venice Beach i z Jarosławem Jakimowiczem zamiast Luke’a Perry’ego. Z perspektywą „wyjęcia 5 milionów dolarów”. Ach, i jeszcze z „filmową Joanną Krupą tamtych lat” – Michelle Cleo Godsey, która z uroczym amerykańskim akcentem oznajmiała kolegom-wilkom: „Ja nie mówię dobrze po polsku, ale dużo rozumiem”. Bajka i sława. Hit kasowy. A potem zderzenie z rzeczywistością.

Gdyby Jarosław Jakimowicz debiutował dziś, a nie w połowie lat 90. minionego wieku, medialno-rozrywkowych możliwości otworzyłoby się przed nim na pewno wielokrotnie więcej. Ale nie był to dobry okres dla polskiej kinematografii, rozrywki i sztuki – zamiast do kin, ludzie chętniej chodzili do wypożyczalni VHS. A i w tych kinach nie było za wielu polskich filmów, które chcieliby oglądać, bo nie było na nie pieniędzy. To okres wielu karier, które na swoją szansę dopiero musiały czekać lub po prostu przepadły, bo przyszło życie i trzeba było przestać marzyć, a zacząć opłacać rachunki. Do tych nielicznych produkcji, które nakręcono i które zyskały jakiś rozgłos, młodego wilka nikt nie chciał zapraszać – popularny, obdarzony jakąś charyzmą, ale bez warsztatu. Olaf Lubaszenko dał mu rolę w „Poranku kojota” (2001), ale na plany „Sztosu” (1997), „Chłopaki nie płaczą” (2000) czy „E=mc2” (2002) już nie ściągnął. Juliusz Machulski nie widział go w „Kilerze” (1997) i „Kilerów 2-óch” (1999). Dla blond-buntownika z kalifornijskim lookiem nie było też miejsca w adaptacjach lektur pokroju „Ogniem i mieczem” (1999) Jerzego Hoffmana ani tym bardziej w takim „Długu” (1999) Krzysztofa Krauzego. Zostały rzeczy mniejsze. Waldemar Szarek zaangażował go do „Sposobu na Alcybiadesa” (1997) i „Spony” (1998), i w obu zdubbingował. I jeszcze epizody w serialach (ostatni w 2017 roku w „Na sygnale”, trzy lata wcześniej w „Komisarzu Aleksie”, w 2013 w „Hotelu 52” itd., itp.).

Nikt nie napisał roli specjalnie uszytej dla Jarosława Jakimowicza na miarę, pod jego możliwości i braki. Do show-biznesu ciągnęło go nadal niczym ćmę do światła. W wydanej kilka tygodni temu autobiografii „Jakimowicz. Życie jak film” nawet o tej swojej fascynacji kolorowym światem dużo opowiada. Pozostała telewizja – prowadzenie programów „Brawo Bis” (TVP Polonia), „Kurier sensacji” (Polsat), potem reality show „Big Brother VIP” (TV4), rozmowy w programie Michała Rachonia „Jedziemy” (TVP Info). Teraz poranek w telewizji śniadaniowej „Pytanie na śniadanie Extra” – w TVP, stacji, która od kilku lat szuka widzów, bazując na ich sentymentach sprzed dekad. Media o tej nowej pracy Jarosława Jakimowicza dowiedziały się kilka dni po jego spontanicznych podziękowaniach złożonych Antoniemu Macierewiczowi, co wywołało pewną konsternację obserwujących i pociągnęło za sobą falę teorii spiskowych.

I może ta jesienna burza już by ucichła, gdyby nie podkręciły jej dodatkowo Antoniego Macierewicza pochwały wobec Jarosława Jakimowicza – „wybitnego artysty, dziennikarza, człowieka świata sztuki”. Czyżby to za rady Cichego sprzed lat? „Nigdy do niczego się nie przyznawaj. Złapią cię pijanego w samochodzie, to mów, że nie piłeś. Znajdą ci dolary w kieszeni, mów, że to pożyczone spodnie. A jak cię złapią na kradzieży za rękę, mów, że to nie twoja ręka. Nigdy się nie przyznawaj”. Nieeeeeee, na pewno nie. Cichy zresztą politykowi raczej furę by zwinął, niż w jakieś konszachty wchodził. A Jarosław Jakimowicz? Może czasem koślawo, w różowych ciuchach w Międzyzdrojach, kiedy indziej pechowo, ale idzie swoją drogą, ze swoim na nią pomysłem. Olaf Lubaszenko jego książkę ostatnio chwalił – „Kiedy niedawno do mediów trafiły ostre wypowiedzi Jarka Jakimowicza dotykające spraw politycznych, nie zgadzałem się z nimi. Na szczęście w tej książce nie ma polityki. Jest ona za to całkowicie „politycznie niepoprawna” i z pewnością wielu będzie oburzonych. Intensywna, zaskakująca i kolorowa opowieść, której bohater to uważny, wrażliwy, myślący człowiek”. Może więc warto wyłączyć Twittera i sięgnąć po lekturę, przeczytać, a potem dyskutować, a nie spekulować?

https://kultura.onet.pl/film/wiadomosci/jaroslaw-jakimowicz-fala-kontrowersji-wokol-aktora-komentarz/mmdwvgp