Stanisław Michalkiewicz. / foto: YouTube/Stanisław Michalkiewicz

Stanisław Michalkiewicz. / foto: YouTube/Stanisław Michalkiewicz

Stanisław Michalkiewicz postanowił zdemaskować na swoim blogu kulisy akcji aktywistek, żądających wycofania wniosku o kasację wyroku, nakazującego zakonowi Chrystusowców wypłacenie miliona złotych za molestowanie. Przy okazji ujawnił kulisy swojej sprawy sądowej z panią Żanetą.

„Tego samego dnia, kiedy – jak się następnego dnia dowiedziałem w banku – rozpoczęła się egzekucja zaocznego wyroku niezawisłego poznańskiego Sądu Okręgowego, „aktywistki” z Poznania przyniosły do klasztoru OO. Chrystusowców opatrzoną 16 tysiącami podpisów petycję, by Zakon wycofał kasację od wyroku, nakazującego mu wypłacenie pani Żanecie Kąkolewskiej miliona złotych oraz dożywotnią rentę z powodu molestowania jej przed 10 laty przez księdza – członka tego Stowarzyszenia? Może to przypadek, a może wcale nie, bo „czy w ogóle są przypadki?” – pyta Stanisław Michalkiewicz.

„Gdyby Sąd Najwyższy uznał zasadność kasacji, to może nie tylko uchylić zaskarżony wyrok z powodu rażącego naruszenia prawa, ale nawet w pewnym zakresie go zmienić. Zatem jeśli by wyrok poznańskich sądów – bo tamten zaskarżony utrzymał się także w apelacji –został uchylony, to wypłacony milion złotych trzeba by zwrócić. Tymczasem – jak w rozmowie z dziennikarką „Gazety Wyborczej” powiedziała beneficjentka tego wyroku – jej pełnomocnik z tytułu honorarium za prowadzenie sprawy pobrał 300 tysięcy złotych. Dlaczego aż tyle – tego ma się rozumieć, nie wiem, ale skoro wszyscy tak się ostatnio interesują moimi pieniędzmi, to dlaczegóż by mnie nie było wolno robić tego samego? Zatem w sytuacji, gdy miliona już nie ma – bo w tzw. międzyczasie kilkadziesiąt tysięcy złotych wyłudził od niej pod pretekstem sfinansowania operacji raka trzustki pan Marek Lisiński, stojący na czele fundacji „Nie lękajcie się!” i utrzymujący, jakoby sam padł ofiarą księżowskiej pedofilii, to powstaje szalenie kłopotliwa sytuacja” – pisze dalej publicysta.

„Nawiasem mówiąc, opowieści pana Lisińskiego, jakoby był molestowany, chyba nie są prawdziwe, bo z różnych okoliczności wynika, że chodziło mu po prostu o wyłudzenie 150 tysięcy złotych od Kościoła – i chyba w tym celu zaprezentował się jako ofiara papieżowi Franciszkowi, który z wrażenia aż pocałował go w rękę. Warto zwrócić uwagę, że kwota 150 tysięcy złotych to tyle samo, co ja mam wypłacić pani Żanecie Kąkolewskiej na podstawie zaocznego wyroku niezawisłego Sądu Okręgowego w Poznaniu, którego, mówiąc nawiasem – do dziś, to znaczy, do 24 listopada, nie dostałem, podobnie jak nie dostałem zawiadomienia o wszczęciu egzekucji, chociaż stosowne pisma i do sądu i do komornika przesłałem” – wyjaśnia Michalkiewicz.

„Podobno niezawisły Sąd Okręgowy w Poznaniu wysyłał wszystkie pisma procesowe na adres, pod którym od ponad 11 lat już nie mieszkam. Podobno nawet wynajęty został detektyw, który ponad wszelką wątpliwość ustalił, że tam mieszkam, chociaż wystarczyło kliknąć moje nazwisko w wyszukiwarce, by znaleźć adres mojej poczty elektronicznej i zwracając się do mnie tą drogą ustalić miejsce mojego zamieszkania. Warto bowiem przypomnieć, że pisma procesowe powinny być stronie doręczone w miejscu jej faktycznego zamieszkania, a nie – w miejscu jej stałego zameldowania. Zresztą jeśli chodzi o zameldowanie, to przez co najmniej 5 lat byłem zameldowany czasowo pod adresem pod którym od ponad 11 lat mieszkam, więc i z tego sposobu mógł detektyw skorzystać – ale nie skorzystał. Czy rzeczywiście był wynajęty – tego oczywiście nie wiem, podobnie jak nie wiem, czy koszty tego wynajęcia zostały wliczone do tych ponad 38 tysięcy złotych, jakie tytułem „kosztów” mam zapłacić komornikowi” – pisze dalej Michalkiewicz.

Cały artykuł Stanisława Michalkiewicza pod tym linkiem.

n.czas.com