• – Wielki biznes nie garnie się do ekstraklasy – uważa Krzysztof Sachs, były szef komisji licencyjnej PZPN
  • Kiedy kończy się publiczne finansowanie polskich klubów, dna sięgają nawet takie marki jak Ruch Chorzów
  • – Jest to rak, który toczy polską piłkę – przyznał Łukasz Mazur, były prezes Górnika Zabrze. (…) Brutalnie mówiąc: chodzi o pranie forsy – dodał

Futbol na garnuszku ma się dobrze. Samorządy w ostatnich pięciu latach wpompowały w drużyny ekstraklasy ponad 320 mln złotych. Mistrzostwo Polski Piasta Gliwice kosztowało podatnika średnio 168 zł, a przecież z 250 tysięcy ludzi pracujących w tym mieście nie wszyscy pałają miłością do piłki. Znamy ten krajobraz doskonale: polskie kluby chodzą i zbierają na tacę. Trudno o drugi prywatny sektor tak bardzo uzależniony od kasy z miasta.

– Byłoby świetnie, gdyby kluby ekstraklasy nie musiały korzystać z publicznych pieniędzy, ale spróbujmy je odciąć i za moment schodzimy dwa poziomy niżej – uważa Krzysztof Sachs, były szef komisji licencyjnej PZPN. – Wielki biznes nie garnie się do ekstraklasy. Rynek marketingu jest dramatycznie płytki. Nie dziwmy się, że zostają samorządy.

Jak groźne jest utrzymywanie się na powierzchni dzięki publicznym pieniądzom, pokazuje przykład Ruchu Chorzów. 14-krotny mistrz Polski od lat kurczowo trzymał się burty, bo mógł. Dostawał potężne pożyczki, bawił się transzami z promocji, innym razem sprzedawał akcje. W końcu miasto zawsze kupi. Ale nawet publiczny respirator kiedyś się kończy. Dzisiaj Ruch jest w trzeciej lidze, z długami na 27 milionów i perspektywą, że za chwilę ktoś zgasi światło na dobre.

Rak, który toczy polską piłkę

Ten temat wraca i wracać będzie. W 2012 roku publicznym zastrzykom pieniędzy przyjrzała się Najwyższa Izba Kontroli. Według jej przepisów, samorządy mogą dotować jedynie sport rekreacyjny. Ten zawodowy podlega zupełnie innym prawom. Tymczasem cztery z sześciu (Poznań, Gdańsk, Wrocław, Bydgoszcz, Szczecin, Lublin i warszawska dzielnica Śródmieście) skontrolowanych gmin przekazały klubom sportowym 22,5 mln w formie dotacji. Dalej w raporcie czytamy o „korzystaniu niezgodnym z przeznaczeniem”, co pokazuje, że cudze zawsze wydaje się najlepiej.

– Jest to rak, który toczy polską piłkę – przyznaje Łukasz Mazur, były prezes Górnika Zabrze. – Wsadzasz do klubu swoich ludzi i masz kolejny sposób na wyciąganie pieniędzy z miejskich spółek. Brutalnie mówiąc: chodzi o pranie forsy.

Wśród ludzi w środowisku dominuje narracja, że samorządy powinny finansować budowę infrastruktury sportowej oraz szkolenie dzieci i młodzieży. Tak byłoby w idealnym świecie. Ale w tym nieidealnym, polskim, większość pieniędzy idzie na pensje. W Miedzi Legnica, która niedawno spadła z ekstraklasy, wynagrodzenia zjadały 96 procent wszystkich wydatków. Nie jest to przypadek odosobniony, bo w Koronie Kielce procent ten wynosi 86, a w Legii Warszawa – 90. Jeśli w 2018 roku samorządy w różnych formach przekazały klubom ekstraklasy prawie 70 mln złotych, to znaczy, że w ciągu dekady pośrednio pół miliarda złotych znajdzie się na koncie przeciętnych w skali Europy piłkarzy. Są to finanse wydawane bez kontroli, w dodatku konsumowane na zasadzie teraz, już. Polskie kluby nie budują marki za granicą. Nie piszą sportowych historii w europejskich pucharach. Studnie bez dna, bo tak możemy je nazwać, wygodnie usadowiły się na 27. miejscu krajowego rankingu UEFA.

Na czele peletonu pedałuje Wrocław. Czerwcowy raport Deloitte nie podaje dokładnego rankingu klubów tak jak w latach ubiegłych, ale przy Śląsku czytamy: współpraca z samorządem jest kontynuowana, wpływy wynoszą ok. 13 mln złotych. To więcej niż roczne przychody z tytułu praw telewizyjnych (8 mln) i zarobku z tzw. dnia meczowego (2,8 mln). A przecież mówimy o mieście, gdzie mieszka ponad 600 tysięcy ludzi. Nie jest to też inwestycyjna pustynia.

Mimo to Wrocław w ostatnich 10 latach wpompował w Śląsk prawie 100 mln złotych. Odkąd z finansowania klubu wycofał się Zygmunt Solorz, miasto najpierw udzieliło klubowi pożyczki, a potem w 2013 roku odkupiło akcje, stając się większościowym udziałowcem. Z pieniędzy podatników ciągle spłacany jest kredyt zaciągnięty na budowę stadionu na Euro. Żeby miasto nie dokładało do jego bieżącego funkcjonowania, frekwencja powinna wynosić mniej więcej 20 tysięcy widzów. W poprzednim sezonie było to jedynie 9,1 tys (21 procent pojemności stadionu). Drużyna ledwo utrzymała się w lidze. Od lat zresztą dryfuje w nieznanym kierunku. Władze miasta powtarzają, że rozumieją problem. Zarzekają się, że szukają inwestora. Ale ten nie nadchodzi. – Tak się znajduje, jak się szuka – ironizuje jeden z radnych.

Ta sytuacja nie dotyczy tylko Wrocławia. W Zabrzu magistrat postanowił, że do 2031 roku będzie wykupował klubowe obligacje. W sumie wyniesie to 46 mln złotych. Prezydent Małgorzata Mańka-Szulik przyznaje, że 14-krotny mistrz Polski jest ambasadorem Zabrza tak samo jak Śląskie Centrum Chorób Serca i Kopalnia Guido. Kilka kilometrów dalej, w Gliwicach, miasto ma prawie 70 procentów udziałów w piłkarskiej spółce i co roku przekazuje z tego tytułu 12 mln złotych. Dopiero niedawno przykręcono kurek, a na drugie półrocze 2019 roku planuje się zakręcić go całkowicie. Ostateczna decyzja nie została jeszcze podjęta, ale wiadomo, że kwota ta będzie niższa choćby z tego powodu, że Piast wreszcie może stanąć na nogi o własnych siłach. Mistrz Polski dostał za ostatni sezon 15 mln złotych od Ekstraklasy. Klubowe konto sukcesywnie zapełniać będą też transze z transferu Joela Valencii do Anglii (ok 8 mln złotych).

Pod publiczne pieniądze od lat podłączone były też Kielce. Po latach starań udało się znaleźć inwestorów z Niemiec. Nie oznacza to jednak, że miasto całkowicie odcięło się od piłkarzy. Wg danych za 2018 roku dalej wydaje na klub 3 mln złotych rocznie. Lechia Gdańsk i Pogoń Szczecin dostają z tego tytułu ok 4 mln, a Arka Gdynia – 6.

Ligowa fikcja

Nad tematem wsparcia samorządów rok temu pochyliła się Legia Warszawa. Przygotowany na jej zlecenie raport firmy EY pokazał, że nie wszyscy mają tak dobrze jak m.in. w Gliwicach i Zabrzu. Stołeczny samorząd nie czuje się zobowiązany do wspierania klubu. Miasto wybudowało z własnych środków stadion i pobiera za użytkowanie dzierżawę. – Chcemy jasno powiedzieć, że w naszym odczuciu nie można mówić o tym, że Legia jest klubem faworyzowanym przez warszawski samorząd. Legia jest najmniej wspieranym przez samorząd klubem na tle całej Ekstraklasy – mówił rok temu członek zarządu klubu, Jarosław Jankowski.

Za umieszczenie syrenki na strojach piłkarzy miasto płaciło klubowi zaledwie 600 tysięcy złotych. W tym roku kwota z tytułu promocji (miejsca na strojach i stadionie) stolicy wynosi 3 miliony. – W tej kwocie zawarty jest też 1 mln zł za grę w europejskich pucharach. Raport pozwolił nam pokazać realny wpływ Legii i rozpocząć dużo lepszy dialog z miastem. Obaliliśmy też kilka mitów na temat klubu. Mówiło się np., że jesteśmy uprzywilejowani, bo dostaliśmy stadion od miasta. Tymczasem nic nie dostaliśmy, bo płacimy duże kwoty za jego dzierżawę, a do tego wszystkie kluby Ekstraklasy, poza Zagłębiem, korzystają – i to za znacznie mniejsze pieniądze – z infrastruktury zbudowanej za pieniądze z samorządów – przyznaje Jankowski.

Co jakiś czas ciekawe wieści napływają z krajów zachodnich. Joaquin Almunia, komisarz ds. konkurencji w Unii Europejskiej mówi wprost: kluby piłkarskie powinny utrzymywać się same, a nie z pieniędzy podatników. W Hiszpanii przez kilka lat toczyły się sprawy sądowe o niedozwoloną pomoc dla klubów La Liga. W spór zamieszany był m.in. Real Madryt, którego miasto miało wesprzeć w kwestii wykupu gruntów. Komisja Europejska przez sześć lat wykrzykiwała o nadużyciu, ale ostatecznie Królewscy w maju tego roku sprawę wygrali. Podobnie było wcześniej w Holandii. Mimo to w ani pierwszym, ani w drugim kraju pomoc państwa nie jest tak naturalna jak w Polsce.

– Zgodzę się, że w Europie takie sytuacje są rzadkie – dodaje Krzysztof Sachs. – W wielkich zachodnich krajach przyjmuje się, że futbol to biznes, prawa reklamowe są ustawione na tak wysokim poziomie, że byłoby idiotycznie, gdyby samorządy jeszcze do tego dokładały. W Niemczech nawet najbardziej zapadły stadion ma sponsora tytularnego, na koszulkach widnieją komercyjne podmioty. Nie da się porównać tych dwóch światów.

– Nie będzie lepszej piłki, jeśli cały czas będziemy oglądać się na pieniądze podatników – uważa Łukasz Mazur. – W latach 80. we Francji samorządy mocno wspierały tamtejszą piłkę. Dopiero, kiedy to ucięto, sport poszedł do przodu. Zmieniła się struktura właścicielska i sponsoringowa. Olympique Marsylia, pierwszy duży sukces w latach 90., to była prywatna inicjatywa.

W Polsce na razie bez zmian. Biznesmeni omijają piłkę szerokim łukiem. A politycy lgną, bo albo sami są kibicami, albo widzą w tym interes. Sympatyk piłki to przecież wyborca. Poza tym futbol to tradycja, sport numer jeden w kraju. Nikt nie chce być tym, który odwraca się plecami. Gdzieś w tle przemawiają klubowi decydenci. – Na tym etapie rozwoju nasz futbol potrzebuje samorządów – mówią. 

Rzadko kto podchwyci opowieść, że sport zawodowy powinien z założenia finansować się sam. Jeśli w Anglii Tottenham chce więcej zarabiać, zaciąga kredyty i buduje większy stadion. W Niemczech miasto pomaga jedynie mniejszym klubom, jak w Chemnitz, gdy remontowano obiekt. W Polsce po kontroli NIK w 2012 roku najpopularniejszą formą finansowania futbolu jest kupowanie usługi promocyjnej i ekspozycji logotypu miasta. Czy na taki logotyp ktoś zwraca uwagę? Czy nazwa miasta na bandach stadionu gospodarza ma sens? Miejscowi z reguły nie są przecież grupą docelową, do której taka promocja miałaby trafiać. Ale czy to ważne? Ligowa fikcja trwa w najlepsze.

PAWEŁ GRABOWSKI

Autor jest dziennikarzem CANAL+ SPORT