• Dzięki swojej pozycji Łukasz L. stworzył system, który dał mu możliwość zarabiania pieniędzy poza oficjalną pensją w Instytucie. W latach 2009-2013 zarobił na czysto przynajmniej milion złotych
  • – Jego metodą działania było zbieranie jak najwięcej informacji o danym człowieku. Kim jest, jaką ma sytuację materialną, gdzie mieszka, ma mieszkanie, nie wynajmuje, wynajmuje, ma chorą matkę, ciotkę, a potem wykorzystywał te sytuacje, żeby osiągać swoje cele – mówi Onetowi były pracownik IMGW
  • L. wyszedł z więzienia przed terminem. Prokuratura daje dziś wiarę jego zeznaniom, według których Stanisław Gawłowski (w latach 2007-2015 wiceminister środowiska) przyjął od niego łapówkę w postaci dwóch drogich zegarków

Pieniądze wychodzą drzwiami i oknami

Wszystko zaczęło się na warszawskich Bielanach – w siedzibie Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Łukasz L. został tam zatrudniony w 2005 roku. Szybko awansował. W ciągu niewiele ponad dwóch lat doszedł do stanowiska wiceszefa IMGW, ale – jak zeznało wielu świadków – w niejednej kwestii faktycznie to on nim zarządzał, mimo iż formalnie dyrektorem naczelnym był Mieczysław O.

– Były sytuacje, że O. był w delegacji, a pan L. sobie wchodził do sekretariatu, zabierał listy, które były zaadresowane do O., w tym korespondencja ministerialna i sobie zawoził do domu – mówi nam jeden z byłych pracowników IMGW. Mężczyzna opowiada, co najbardziej go zdziwiło po przyjściu do pracy w Instytucie: – Bizancjum. Zamawianie kanap z jakichś najdroższych firm w Europie, zamawianie chusteczek, które pan dyrektor sobie spotkał w liniach lotniczych w Szwajcarii i on takie chusteczki chce mieć u siebie, z nadrukiem.

Łukasz L. w pewnym momencie wymyślił, że rzuci wyzwanie kanałom telewizyjnym i stworzy pogodową telewizję za pieniądze pogodowego instytutu. Bez wiedzy nadzorującego jednostkę ministerstwa środowiska. W ramach promocji kanału pogodynka.tv, L. polecił na przykład zapłacić kilkadziesiąt tysięcy złotych z budżetu IMGW za to, by mógł wziąć udział w pokazie mody jako juror.

Były pracownik IMGW: – Wydajemy na to ogromne pieniądze, po czym się okazuje, że dostajemy informację z ministerstwa, że projekt ma być zawieszony. Te wszystkie rzeczy są schowane do magazynu, leci w powietrze kilkadziesiąt tysięcy złotych, nikogo to jak gdyby nie interesuje. Moim zdaniem koncepcja tego kanału została stworzona po to, że telewizja jest takim medium, gdzie będzie można łatwo wyprowadzać pieniądze

Pieniądze wychodzą z instytutu drzwiami i oknami. Na przykład na gadżety promocyjne, które potem zalegają w specjalnym magazynie i nikt ich nie używa. W śród nich są drogie filiżanki ze specjalnym napisem „design by Luki”. „Luki” to Łukasz L., który za prawa do korzystania z tego napisu… brał pieniądze z instytutu.

Ponad milion złotych w 4 lata

Okazało się, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Dzięki swojej pozycji Łukasz L. stworzył system, który dał mu możliwość zarabiania pieniędzy poza oficjalną pensją w Instytucie. W latach 2009-2013 zarobił na czysto przynajmniej milion złotych. Przynajmniej, bo to tylko oficjalne dane z urzędu skarbowego.

– Jego metodą działania było zbieranie jak najwięcej informacji o danym człowieku. Kim jest, jaką ma sytuację materialną, gdzie mieszka, ma mieszkanie, nie wynajmuje, wynajmuje, ma chorą matkę, ciotkę, a potem wykorzystywał te sytuacje, żeby osiągać swoje cele. Była taka W., którą bardzo mocno gnębił, bo wiedział, że jest sama, gdzieś tam problemy prywatne, jakieś długi miała i tak dalej. On to wiedział i zmuszał ją do robienia różnych rzeczy – mówi nam były podwładny L.

Wśród tych rzeczy były na przykład prywatne zakupy dla Łukasza L. robione za pieniądze z premii przyznanych wcześniej pracownikom. L. brał także łapówki za zatrudnianie osób, które potem nie pojawiały się w pracy, ale pobierały pensje. Jej część trafiała do wiceszefa IMGW jako swoisty haracz.

W pewnym momencie do ministerstwa środowiska zaczynają przychodzić donosy, z których wynika, że w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej dzieje się coś złego. Rozmawiamy ze Stanisławem Gawłowskim, który w latach do 2015 roku przez 8 lat pełnił funkcję wiceszefa resortu odpowiadającego za Instytut. – Gdy pojawiały się takie sygnały, zlecałem kontrole. One wykazywały drobne uchybienia i nie wskazywały na nic niepokojącego – słyszymy od polityka PO.

Dziś już wiadomo, że kontrole ministerialne wtedy raczej nie mogły wykryć nieprawidłowości, bo w IMGW zarządzano akcję fałszowania dokumentów. Z zeznań wielu świadków wynika, że nadzorował to osobiście Łukasz L.

Praca dla matki

W systemie stworzonym przez niego dużą rolę odgrywał strach przed utratą pracy czy dobrych relacji z przełożonym. Dzięki temu doprowadził do sytuacji, w której znajomi i członkowie rodziny jednego z jego najbliższych współpracowników zatrudnili w swoich firmach Elżbietę M.-L. – matkę Łukasza L. Jedna z pracownic Instytutu kupowała nawet dla niej bilety na samolot i rezerwowała pobyt w hotelu. Z kolei kierowca z IMGW woził ją jej prywatnym autem do Zakopanego – w ramach przysługi. Chcieliśmy porozmawiać z Elżbietą M.-L. Rzuciła jednak słuchawką, kiedy dowiedziała się, że rozmawia z dziennikarzem.

Z czego wynikała pozycja Łukasza L. w IMGW? Jego szybka kariera prawdopodobnie miała swoje źródła w relacji łączącej go z Mieczysławem O., dyrektorem naczelnym pogodowego instytutu. Z zeznań świadków wiemy dziś, że mężczyźni byli kochankami, co w pewnym momencie stało się w tej państwowej jednostce tajemnicą poliszynela.

Jednak dobra passa L. w końcu się kończy. W październiku 2014 roku zostaje zatrzymany przez Agencje Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Prokuratura stawia mu zarzuty. W 2015 roku zostaje skazany na rok i osiem miesięcy więzienia. Na poczet kary zaliczono mu czas spędzony w areszcie. Trafia do jednego z najlżejszych zakładów karnych w Polsce. Spędza w nim zaledwie kilka miesięcy. Na wolność wychodzi przed terminem, latem 2017 roku.

Laurka prokuratury

Zapoznaliśmy się z aktami jego sprawy penitencjarnej. Okazało się, że prokuratura wystawiła mu laurkę. Chodzi o jego postawę w śledztwie dotyczącym innych urzędników z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. W piśmie czytamy: „W toku tegoż śledztwa Łukasz L. wielokrotnie składał zeznania, których treść w znaczący sposób przyczyniła się do prawidłowego ustalenia stanu faktycznego i przedstawieniu zarzutów 16 osobom. (…) Łukasz L. jako świadek w przedmiotowej sprawie kontynuuje współpracę z organami ścigania. Do tego godne zauważenia jest to, że takową współpracę podjął po wydaniu wyroku w swojej sprawie. Daje to podstawę do przyjęcia, że rzeczona postawa ma charakter bezinteresowny i nie można wykluczyć, że motywowana jest chęcią zadośćuczynienia za popełnione przestępstwa”.

Zapoznaliśmy się również z aktami głównego postępowania dotyczącego Łukasza L. Mężczyzna w trakcie prokuratorskiego postępowania ani razu nie przyznał się do winy. Zrobił to dopiero na rozprawie sądowej, gdy dobrowolnie poddał się karze.

Ale ta sprawa ma jeszcze jeden aspekt.

Kiedy w 2017 roku były wicedyrektor IMGW opuszczał więzienie, prokuratura prowadziła śledztwo dotyczące Stanisława Gawłowskiego. Zdaniem śledczych były wiceminister środowiska w 2011 roku miał przyjąć od Łukasza L. łapówkę w postaci dwóch drogich zegarków.

– To bzdura – mówi stanowczo Gawłowski.

Rzecznik warszawskiej prokuratury odmówił spotkania i rozmowy na temat przedterminowego zwolnienia z więzienia Łukasza L.

Stanisław Gawłowski uważa, że jest w tym drugie dno: – Prokurator zawarł z nim deal. Złożył zeznania mnie obciążające i wyszedł z więzienia. To tylko pokazuje, w jakim państwie teraz żyjemy.

Na nasze pytania nie odpowiedziała Prokuratura Krajowa, która obecnie prowadzi śledztwo w sprawie zegarków.

Życie po wyroku

Łukasz L. nadal ma niezatarty wyrok, jest pod kontrolą sądowego kuratora. Pracuje dziś w niewielkim zakopiańskim hotelu. Pod koniec zeszłego roku był nawet przewodniczącym obwodowej komisji wyborczej w Zakopanem w trakcie wyborów samorządowych. Został do niej zgłoszony jako przedstawiciel jednego z lokalnych komitetów. – Nie znaliśmy tego człowieka. Wtedy do komisji wyborczych odbywała się łapanka. Od pana słyszę, że siedział w więzieniu – mówi Onetowi pełnomocnik Komitetu Wyborczego Wyborców „Czas na realizację” z Zakopanego.

Były dyrektor naczelny IMGW Mieczysław O. sam zasiada na ławie oskarżonych, usłyszał kilkadziesiąt zarzutów. Nie przyznaje się do winy. W grudniu 2018 r. sąd zwolnił go z aresztu i dziś odpowiada z wolnej stopy. Jego zdaniem to Łukasz L. stworzył korupcyjny mechanizm w instytucie. Przed sądem mówił o nim m.in. tak: – W 2011 r. Łukasz zaczął konfliktować pracowników. Był zazdrosny o każdą osobę, która miała do mnie dostęp. Czara goryczy przelała się mniej więcej rok później. Minister Gawłowski kazał zwolnić Łukasza. Ja załatwiałem mu staże w niemieckich, hiszpańskich i amerykańskich służbach meteorologicznych. Odmawiał. Dziś widzę, dlaczego to robił. Gdyby wyjechał, rozpadłby się pewnie ten układ korupcyjny, który mu dawał pieniądze.

Z Łukaszem L. autorowi tego materiału udało się spotkać w Zakopanem. Mężczyzna nie chciał jednak rozmawiać: – Proszę mnie nie nachodzić, bo wezwę policję. Jestem osobą prywatną – rzucił.

onet.pl