– Z badań, którymi dysponujemy wynika, że decyzja Kukiz’15 o stracie z list PSL spowoduje przepływ sporej części wyborców ruchu przede wszystkim do PiS, a w niewielkim stopniu do Konfederacji. Tym samym ewentualny, wrześniowy ubytek poparcia dla PiS-u może zostać zrównoważony „zasileniem” dotychczasowych sympatyków Kukiz’15 – uważa politolog Marcin Palade.

Screenshot_12.jpg

Marcina Palade pytamy też, czy PiS straci na aferze z lotami byłego już marszałka Marka Kuchcińskiego, jakie szanse na zdobycie większości w Sejmie ma opozycja i dlaczego wyniki sondażowe różnią się od faktycznych.

Jolanta Kamińska, Interia: Po aferze z nagrodami dla ministrów w rządzie Beaty Szydło poparcie dla PiS spadło. Analizował pan ówczesne sondaże. Wysokie premie oburzyły Polaków?   

Marcin Palade, politolog:– Docierające coraz intensywniej do wyborców informacje o nagrodach nałożyły się na wyraźną zmianę trendu PiS. Do stycznia 2018 roku notowania tej partii rosły, a od lutego, przez cztery kolejne miesiące, obserwowaliśmy dosyć wyraźny spadek.

Ile dokładnie straciło wówczas PiS?

– W sumie o około 7 punktów procentowych. Partia rządząca złapała zadyszkę, pierwszą od tzw. ciamajdanu. Z całą pewnością ujawnienie informacji o nagrodach w rządzie Beaty Szydło wpłynęło na pogorszenie notowań, choć trzeba dodać, że było też kilka pomniejszych czynników, które osłabiły PiS.

Jakich?

– Między innymi zmiana na stanowisku premiera, czy pokłosie ustawy dezubekizacyjnej, przekładające się na przepływy socjalnych, sentymentalnie patrzących na PRL-owską przeszłość wyborców z PiS do SLD. Przez kolejne miesiące partia Jarosława Kaczyńskiego próbowała odbudować swoją utraconą pozycję wyraźnego lidera sondaży. Udało się to w kampaniach, najpierw do wyborów samorządowych, a potem do PE. Notowania PiS-u wróciły do rekordowych poziomów, czyli tych z końcówki rządów Beaty Szydło.

Teraz znów mieliśmy do czynienia z kryzysem w szeregach partii rządzącej. Przed jej wybuchem notowania PiS utrzymywały się na stałym wysokim poziomie. Afera z lotami marszałka Kuchcińskiego odbije się w sondażach?

– W perspektywie krótkoterminowej możemy zaobserwować pewne ruchy związane z rozchwianiem nastrojów wśród części wyborców.

Spadek może być na podobnym poziomie jak w przypadku okresu z afery z nagrodami?

– Nie spodziewałbym się znaczących zmian, a z całą pewnością armagedonu, którego oczekują po „kryzysie z marszałkiem Kuchcińskim” politycy i media związane z opozycją. Dodatkowo trzeba wziąć pod uwagę fakt, że przed nami są pomiary wykonywane w okresie wakacyjnym. A co za tym idzie, ich wartość poznawcza jest dosyć ograniczona. Nie przywiązywałbym większej wagi do sondaży, których wyniki ukażą się w sierpniu. Zdecydowanie bardziej zaś do tych wykonanych po zakończeniu okresu wakacyjnego, czyli na przełomie sierpnia i września. Myślę, że wyraźnego spadku nie będzie. A to dlatego, że wyjaśniła się sprawa startu ruchu Pawła Kukiza w wyborach parlamentarnych.

Kukiz dogadał się z PSL i antysystemowcy będą kandydować w wyborach do Sejmu z list komitetu PSL-Koalicja Polska. Sugeruje pan, że to prezent dla PiS?

– Z badań, którymi dysponujemy, wynika, że ta decyzja Kukiz’15 spowoduje przepływ sporej części wyborców ruchu przede wszystkim do PiS, a w niewielkim stopniu do Konfederacji. Tym samym ewentualny, wrześniowy ubytek poparcia dla PiS-u może zostać zrównoważony „zasileniem” dotychczasowych sympatyków Kukiz’15. Ostateczny bilans może więc być na zero.

Dlaczego uważa pan, że dotychczasowych wyborców Kukiz’15 przejmie przede wszystkim PiS, a nie PSL-Koalicja Polska, którą antysystemowcy współtworzą?

– Tę prognozę opieram na dostępnych wynikach badań. W pomiarach preferencji często stosowane jest zapytanie o tzw. drugi wybór, czyli „co by było, gdyby wskazana przez Panią/Pana partia nie startowała…”. Na tej podstawie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć, w którym kierunku nastąpi przepływ elektoratu. Wejścia polityków Kukiz’15 na listy PSL nie akceptuje duża grupa wyborców ruchu, co nie oznacza, że Paweł Kukiz nie weźmie w transferze do PSL części swojego elektoratu, ale to na pewno nie będzie większość.

A jak, pana zdaniem, zachowają się wyborcy w przypadku opozycji. Finalnie startują trzy bloki: Koalicja Obywatelska, Lewica i PSL-Koalicja Polska. Taki trójpodział sprawi, że opozycja ma szansę zagrozić PiS?

– Doświadczenie z majowych eurowyborów pokazuje, że nie wszyscy wyborcy partii tworzących KE zaakceptowali taką fuzję. Dr Flis dowodzi, że rozbicie na trzy człony będzie korzystne dla opozycji, która w ten sposób ma szansę zdobyć większość w Sejmie. Ja mam co do tego wątpliwości. Mamy bowiem sytuację, że najsilniejszy blok wokół PO oscyluje z poparciem wokół 26-30 proc. No i od tego momentu zaczynają się schody.

Dlaczego?

– Choć co prawda lewica czyli SLD, Wiosna i Razem, jak wszystko na to wskazuje, nie wystartuje jako koalicja i będzie musiała sforsować próg pięcioprocentowy, to jednak musi walczyć o elektorat nie z PiS, a głównie z Koalicją Obywatelską. Jeśli nastąpi zauważalny przepływ z lewicy do KO, dając temu pierwszemu podmiotowi poparcie w przedziale 6-7 proc., niepremiujące w systemie d’Hondta, to oznacza, że nie naruszy to premii przy podziale mandatów dla najsilniejszej formacji czyli PiS. A do tego wszystkiego mamy jeszcze trzeci człon opozycji wokół PSL, który na starcie kampanii plasuje się w okolicach progu. Jeśli go nie przekroczy, to głównym beneficjentem dodatkowych mandatów będzie przede wszystkim PiS.

Analizował pan to w każdym z okręgów? 

– Tak. Mamy oto sytuację, że przy obecnych notowaniach trójbloku opozycji, a nawet przy lekkiej poprawie notowań każdego z nich, co i tak jest wariantem mało prawdopodobnym za sprawą wspomnianych już wyżej przepływów lewica – KO, bardzo rzadko dochodzi do sytuacji, żeby w okręgu trójblok zyskiwał mandat kosztem PiS. Zarówno w poparciu, jak i w mandatach to jest rywalizacja w obrębie formacji centrowych i lewicowych. Wygląda więc na to, że PiS ma szanse zachować większość w następnym Sejmie.

Opozycja nie ma więc szans na większość?

– Ta szansa oczywiście jest, choć na dziś prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest niewielkie.

Jak wyglądałby ten scenariusz

– Czarny scenariusz dla PiS to wynik w wyborach na poziomie 41-42 proc., czyli utrata co najmniej 15-20 proc. dotychczasowych wyborców, Koalicja Obywatelska zdobywająca sporo powyżej 30 proc., Lewica zgarniająca co najmniej 14-15 proc., a do tego wyraźnie nad progiem sytuujące się PSL. Przed nami okres dynamicznej kampanii. Wiele może się wydarzyć. Ale czy aż tak wiele, by wywrócić słupki, które przy niezwykle ostrym sporze politycznym pozostają od czterech lat dosyć stabilne?

Opozycji marzy się większość w parlamencie, PiS-owi z kolei większość konstytucyjna.

– PiS miałoby szansę na te 307 mandatów, gdyby zwiększyło swoje poparcie do 51-52 proc., KO zatrzymała się na 30 proc., a pozostałe formacje nie weszłyby do Sejmu. Taki scenariusz jest jednak, zwłaszcza teraz po wytraceniu impetu przez PiS na skutek zamieszania wokół lotów byłego marszałka Kuchcińskiego, bardzo mało prawdopodobny.

W oparciu o sondaże próbujemy określać wyniki wyborów. Czasami jednak prognozy wyraźnie odbiegają od faktycznych rezultatów. Z czego wynika ta nieprecyzyjność?

– Sondaż jest niczym fotografia. Pozwala nam ocenić stan gry na dany moment. Ale już po jednym, czy dwóch dniach się dezaktualizuje. Szczególnie w końcówce kampanii, kiedy jesteśmy bombardowani informacjami mogącymi korygować sympatie części z tych, którzy deklarują udział w głosowaniu. Do tego dochodzi jeszcze błąd statystyczny pomiaru. Dlatego od lat apeluję, by nie przywiązywać wagi do pojedynczych badań, a obserwować średnią z kilku sondaży. Tym bardziej, że w ostatnim czasie znacząco wzrósł udział fake badań w Polsce. Czyli takich, które nie mają funkcji informacyjnej, a za pomocą, których próbuje się kreować rzeczywistość. Powtórzę więc: średnia, średnia i jeszcze raz średnia. Od lat zajmuję się jej zliczaniem.