• Martin Luther King był przywódcą ruchu emancypacyjnego czarnoskórych, znanym z porywających przemówień
  • Został zamordowany przez białego rasistę w 1968 r., a jego urodziny są obchodzone w całych Stanach Zjednoczonych jako święto narodowe – Dzień Martina Luthera Kinga
  • Przychylny mu biograf David Garrow odnalazł dokumenty FBI, z których wynika, że King był obecny, kiedy jego przyjaciel gwałcił kobietę w pokoju hotelowym
  • Kobieta nie chciała uczestniczyć w bliżej niesprecyzowanych czynnościach seksualnych, a agent FBI, który podsłuchiwał pokój, twierdził, że King „patrzył, śmiał się i doradzał”
  • Jak wynika z dokumentów King miał też przy innej okazji brać udział w seksie grupowym i mógł mieć dziecko z jedną ze swoich kochanek

Co robić, kiedy wielki bohater zostaje oskarżony o zrobienie czegoś wstrętnego? Politycy, historycy, uniwersytety, artyści i obywatele en masse, zmagają się z tym pytaniem od lat. Próby ponownego rozliczenia się z problemem rasizmu i dyskryminacji wymusiły inne spojrzenie na wielu historycznych gigantów, jak choćby amerykańskich prezydentów Andrew Jacksona i Woodrowa Wilsona, brytyjskiego premiera Winstona Churchila czy Mahatmy Gandhiego. (Nie zawsze chwalebne epizody przeszłości bohaterów narodowych wywołują i w Polsce gorące ogólnokrajowe spory – red.)

Rewelacje dotyczące molestowania seksualnego zepchnęły z piedestału wiele amerykańskich gwiazd kultury, polityki i biznesu. Niesmaczne żarty, wątpliwe komentarze i nieprzemyślane tweety kosztowały utratę pozycji wielu prominentów.

Teraz w centrum uwagi znalazł się Martin Luther King.

David J. Garrow – laureat Nagrody Pulitzera za biografię Kinga i autor powszechnie cenionych książek o historii walki o prawo do aborcji i o Baracku Obamie – opublikował w konserwatywnym brytyjskim periodyku Standpoint wybuchowy materiał oparty na niedawno odtajnionych dokumentach FBI, które inwigilowało Kinga.

Ujmując rzecz delikatnie, nie jest to przyjemna lektura.

Długa lista grzechów

Najbardziej szokuje twierdzenie Garrowa, że King był obecny w pokoju hotelowym, kiedy jego przyjaciel, pastor z Baltimore, Logan Kearse, zgwałcił kobietę, która nie chciała uczestniczyć w bliżej niesprecyzowanych czynnościach seksualnych. Agent FBI, który podsłuchiwał pokój, twierdził, że King „patrzył, śmiał się i doradzał”.

Inne oskarżenia dotyczą rozwiązłości Kinga. Ta akurat od dawna nie jest tajemnicą, ale legendarny pastor miał się oddawać cielesnym uciechom na większą skalę niż wcześniej sądzili historycy. Według ujawnionych dokumentów King brał udział w seksie grupowym i mógł mieć dziecko z jedną ze swoich kochanek.

Jeżeli chodzi o kwestie niezwiązane z seksem, to miał brać pieniądze od swojego dawnego sprzymierzeńca, członka partii komunistycznej, Stanleya Levisona, nawet wtedy, gdy twierdził, że zerwał z nim wszelkie kontakty.

Prawicowe media rzuciły się na tę historię, wyraźnie rozkoszując się dyskomfortem, jaki wywołała ona wśród liberałów, szczególnie tych, którzy wzywają do obalania innych pomników.

„Martin Luther King Jr. miał się naśmiewać z gwałtu”, grzmiał The Daily Wire. „Czy to już czas, by obalić jego pomniki?”. Tymczasem liberalne i mainstreamowe media podchodzą do tematu jak do nieświeżego jajka – kilka z nich odmówiło Garrowowi publikacji (np. Atlanta Journal-Constitution poinformowała w ubiegłym tygodniu o ustaleniach Garrowa, przedstawiając jednocześnie szczegółowe uzasadnienie, dlaczego nie zdecydowała się na publikację artykułu).

Media zazwyczaj ostrożnie podchodzą do oskarżeń o nieobyczajne zachowania wobec osób publicznych, szczególnie jeżeli są one wątpliwe – choć w ostatnich latach ta wstrzemięźliwość zaczęła szybko zanikać. Jednak w przypadku postaci historycznej, która od dawna nie żyje, taka ostrożność jest bardziej zaskakująca.

Można się zastanawiać, czy nie chodzi tu o pragnienie ochrony reputacji Kinga lub uniknięcie burzy na Twitterze. Okazuje się, że nawet dyskusje historyczne stają się coraz bardziej upolitycznione.

Bohater narodowy

Odkąd Garrow w 1986 roku wydał książkę „Niosąc krzyż”, będącą podsumowaniem życia Kinga od czasu bojkotu autobusów w Montgomery do chwili jego zabójstwa, systematycznie publikuje artykuły aktualizujące historię pastora o zapisy z podsłuchów FBI.

Jeden z takich tekstów ukazał się w magazynie Atlantic w 2002 roku. Najnowsze rewelacje pochodzą z raportów i opracowań biura, które zostały niedawno opublikowane w internecie na podstawie Ustawy o Aktach Dotyczących Zamachu na Prezydenta Johna F. Kennedy’ego z 1992 roku. Garrow odkrył, że wśród nowo opublikowanych dokumentów FBI jest wiele takich, które dotyczą Kinga.

„Pastor jest wspomniany w 54602 linkach internetowych, z których część prowadzi do wielostronicowych plików PDF”, napisał Garrow w swoim nowym artykule, dodając, że „przejrzenie ich wymagało tygodni żmudnej pracy”.

Raporty są pełne erotycznych szczegółów i odręcznych dopisków. Jednak dla niewtajemniczonych pisemne doniesienia, na które powołuje się Garrow, są trudne do zinterpretowania. Nie można ich zweryfikować na podstawie oryginalnych taśm z podsłuchu, bo te, zgodnie z nakazem sędziego, pozostają utajnione do 2027 roku.

Trudno też stwierdzić na pierwszy rzut oka, kto jest autorem tych zapisów, w jakim celu zostały one sporządzone lub na jakich źródłach są oparte. Jednak wieloletnie doświadczenie Garrowa w analizowaniu materiałów FBI na temat Kinga sprawia, że te zaskakujące rewelacje mają taką wagę. Garrow podkreśla, że choć nie we wszystkie twierdzenia FBI należy wierzyć, to trudno zakładać, że tego typu zapisy z podsłuchu zostały w całości sfabrykowane lub zmanipulowane.

Ogólna ocena Garrowa jest wyważona. Nigdzie nie wycofuje się szacunku dla Kinga, który jest widoczny w jego trzech ważnych książkach na temat życia pastora. Sugeruje raczej, że możliwość tolerowania lub podżegania przez Kinga do gwałtu „stanowi tak fundamentalne wyzwanie dla jego historycznego statusu, że wymaga tak całościowej i obszernej analizy historycznej jak to tylko możliwe”. Garrow kończy apelem o nieniszczenie nagrań na których oparte są doniesienia FBI, tak abyśmy mogli dowiedzieć się więcej, kiedy zostaną one odtajnione za osiem lat.

Sprzeczne reakcje mediów

Nie wszyscy jednak potrafili podejść z takim dystansem do dokumentów FBI. Standpoint opublikował komentarz towarzyszący artykułowi Garrowa w którym redakcja twierdzi, że „podsłuchy pokazują, że [King], był Harveyem Weinsteinem ruchu praw obywatelskich”.

Ta analogia jest absurdalna. Po pierwsze, sam King nigdy nie był oskarżony o napaść na kobiety (choć „oferowanie dobrych rad” – cokolwiek to może oznaczać – przyjacielowi popełniającemu gwałt z pewnością jest niebezpiecznie blisko tej definicji). Po drugie, Garrow bazuje nie na oryginalnych podsłuchach, lecz na opracowaniach, których nie należy traktować bezkrytycznie.

Jak wiemy po części z wcześniejszych badań Garrowa, FBI pod rządami J. Edgara Hoovera miało obsesję na punkcie Kinga. Agenci biura wielokrotnie próbowali go szantażem skłonić do samobójstwa, wysyłając mu listy grożące ujawnieniem jego romansów.

Raporty to nie to samo co nagrania; trudno sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób nagrania dźwiękowe mogłyby dostarczyć rozstrzygającego dowodu na to, że do gwałtu doszło lub nie. Ten kontekst uniemożliwia zatem jakiekolwiek proste wnioskowanie dotyczące wspomnianego incydentu. Ideologiczny komentarz gazety podważa benedyktyńską pracę Garrowa.

Jednak równie nie do obrony jest opinia z bloga Retropolis publikowanego na stronie Washington Post, w którym jeden z cytowanych historyków określa artykuł Garrowa mianem „nieodpowiedzialnego”. We wpisie zawarta jest insynuacja, że raporty FBI nie są warte papieru na którym zostały spisane, więc Garrow nie powinien był ich publikować.

Artykuł w Washington Post cytuje kilku szanowanych historyków, którzy słusznie zauważają, że dokumenty FBI mogą nie być całkowicie wiarygodne – szczególnie biorąc pod uwagę nienawiść Hoovera do Kinga. Unika jednak oczywistego, choć bolesnego, wniosku, że mogą być one w znacznym stopniu prawdziwe. Powinniśmy przynajmniej rozważyć taką możliwość.

Nie można ignorować artykułu Garrowa

Dlatego też błędem jest aprioryczne odrzucanie artykułu Garrowa. Każdy historyk, który natyka się na nowe dokumenty związane z obszarem jego długoletnich badań powinien czuć się zobligowany do ich zbadania – a jeśli materiały te rzucają nowe światło na dany temat, opublikowania ich.

Kiedy w 1990 r. Clayborne Carson z Uniwersytetu Stanforda i inni uczeni z King Papers Project odkryli, że King popełnił plagiat w swojej dysertacji doktorskiej i innych pracach, czuli się zobowiązani do ujawnienia tego – mimo że, jak powiedział jeden z redaktorów projektu, „kosztowało go to wiele bezsennych nocy”.

To, że ujawnienie szczegółów tej sprawy, jak twierdzi Garrow, odbyło się w atmosferze skandalu, tylko zintensyfikowały wysiłki zmierzające do potwierdzenia lub obalenia ich prawdziwości. Ujawnienie ich przy jednoczesnym zaznaczeniu, że nie można ich do końca zweryfikować, jest całkowicie usprawiedliwione.

Ustalenia Garrowa są w istocie na tyle ważne, by dołączyć je do naszej wiedzy historycznej. Po pierwsze, bez względu na to, czy zarzuty przeciwko Kingowi są prawdziwe, czy też nie, potwierdzają powszechne przekonanie, że FBI Hoovera było organizacją skorumpowaną, w szczególnie jeżeli chodzi prześladowanie Kinga i ruchu na rzecz praw obywatelskich. Skala inwigilacji, nawet jeśli pierwotnie motywowana uzasadnionymi obawami o wpływy sowieckie, wydaje się z perspektywy czasu nadmierna.

Po drugie, artykuł umacnia obraz FBI jako organizacji obsesyjnie wręcz skupionej na kwestiach seksualnych, czy to z powodu lubieżności jego dyrektora i agentów, czy za sprawą błędnego założenia, że udział w tym, co raporty określają mianem „nienaturalnych czynności” (prawdopodobnie chodzi o seks oralny) musi w jakiś sposób przekładać się na „degenerację i deprawację”.

Niestety, ta tendencja do przyjmowania prywatnych zachowań seksualnych jako wyznacznika cnoty pozostaje zbyt powszechna także i dziś. Historycy seksualności będą jeszcze długo badać chorobliwe zainteresowanie FBI „tymi sprawami”.

Jak traktować rewelacje Garrowa

Co jednak najważniejsze, tekst z pewnością wywoła dyskusję o tym, jak połączyć te zarzuty – w przypadku, gdyby okazały się prawdziwe – z naszą dotychczasową wiedzą o Kingu.

Warto pamiętać, że o jego mniej chwalebnej stronie wiedzieliśmy już wcześniej. Wiedza o jego rozwiązłości nie jest żadną tajemnicą przynajmniej od czasu przesłuchań Komitetu Kościelnego z 1975 roku w sprawie budzących wątpliwości działań amerykańskich agencji wywiadowczych.

W opublikowanych w 1989 roku wspomnieniach bliski współpracownik Kinga, Ralph Abernathy ujawnił, że noc przed zamordowaniem pastor spędził z kochanką. W następnym roku pojawiły się informacje o popełnionym przez niego plagiacie.

Wielkość Kinga pozwoliła mu przetrwać te rewelacje. Oskarżenia o gwałt mają oczywiście większy ciężar gatunkowy, ale nie przekreślają jego historycznych osiągnięć, za które słusznie jest od dawna szanowany.

Nawet jeśli najgorsze zarzuty przeciwko Kingowi okażą się poparte dodatkowymi dowodami, nie oznacza to, że powinniśmy zacząć rozmawiać o zmianie nazwy Dnia Martina Luthera Kinga, zburzeniu jego pomników lub pośmiertnym odebraniu mu Nagrody Nobla.

W ostatnich latach mieliśmy za dużo przykładów na niszczycielską siłę historii – historii, w której wywlekanie publicznych lub prywatnych wad lub upadków ma służyć jako argument za wyrzucaniem niezwykłych mężczyzn i kobiet z naszych politycznych lub artystycznych panteonów.

Historycy wiedzą, że nawet najbardziej godne podziwu postaci z naszej przeszłości były zwykłymi śmiertelnikami – złymi rodzicami lub złymi małżonkami, ludźmi zdolnymi do przemocy lub okrucieństwa, podatnymi na seksistowskie lub rasistowskie idee, osobami przekupnymi lub megalomanami, nieuczciwymi lub drapieżnymi.

Świadomość tych cech nie powinna oznaczać, że mamy gardzić postaciami, które wcześniej wynieśliśmy na piedestał. Daje nam to raczej pełniejszy i bardziej szczegółowy obraz ludzi, którzy ukształtowali nasz świat.

„To zaangażowanie Kinga w ekonomiczne i społeczne wyzwolenie czarnych popchnęło ten naród na drogę do pełnej integracji – najbardziej dynamicznego kroku ku wyrównaniu statusu rasowego od czasów Wojny Secesyjnej. Jego odwaga w przełamywaniu rasowych tabu i stawianiu czoła przeciwnikom integracji, jego niezachwiana wiara w pokojową rewolucję, skuteczność jego przesłania do narodu nie ulegają wątpliwości”, napisał w komentarzu redakcyjnym Wall Street Journal w 1990 r., kilka dni po tym, jak ta sama gazeta ujawniła sprawę plagiatu. „Wierzymy, że reputacja Kinga przetrwa podnoszone obecnie pytania”.

Ta opinia napisana w czołowym konserwatywnym dzienniku wydaje się o wiele bardziej rozsądna niż schadenfreude internetowych trolli, które w ostatnich dniach przetoczyło się przez prawicowe media. To słowa, o których powinniśmy dziś pamiętać.

David Greenberg jest profesorem historii i dziennikarstwa na Uniwersytecie Rutgers i współpracownikiem POLITICO Magazine. Jest autorem kilku książek z zakresu historii politycznej. Ostatnio wydał „Republic of Spin: An Inside History of the American Presidency”.

Redakcja: Michał Broniatowski