loading...
loading...
loading...
LIVE SZOKUJĄCY TEMAT DNIA 20.00 START23 marca 2019
1 godzina pozostała.
KANAŁ FILMOWY WSZYSTKIE NOWE MATERIAŁ
STREAM LIVE – NA ŻYWO + CHAT + PRIV.

M-fo A.V Live. <<wróć do Nius<<rum

M-forum jest w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje.

WOJNA strzelając do ludzi migawką ….

loading...
Our Reader Score
[Total: 0 Average: 0]

ale trupy bez twarzy w Rumunii, poszatkowane przez działka helikopterów ciała na Bałkanach i żywe ludzkie szkielety w kongijskiej dżungli. Krzysztof Miller zobaczył to, sfotografował i odszedł od zmysłów.

Reklamy

z tego utrzymuje się wielu byłych

żołnierzy

bo wiedzą dokąd i co będą

fotografować

A kiedy do nich wrócił, postanowił skończyć z wojnami. Napisał książkę „13 wojen i jedna”. Kiedy go odwiedzam, w drzwiach witają mnie dwa żywiołowe amstafy. – Osiem ton nacisku na szczęce – informuje mnie właściciel. Prawdziwe kilery. To jednak nic w porównaniu z kilerami i ich ofiarami, z którymi miał do czynienia na wojnach całego świata. Sam kilkukrotnie cudem uniknął śmierci. Kiedy było naprawdę źle, mówił sobie: „Miller, a ch…!”. I naciskał spust migawki.

Marcin Wyrwał: Ciężko jest fotografować nieżywych ludzi?

Krzysztof Miller, fotoreporter: Trzeba się do tego przyzwyczaić.

Ty zacząłeś od wysokiego C, bo od razu od człowieka bez połowy twarzy.

Był 1989 rok i przewrót w Rumunii. W tamtych czasach trzeba raczej było wypychać ludzi nogami na tereny ogarnięte wojną. Bo wojna to nie przelewki, czy pluszowy miś. W dodatku to było pierwsze Boże Narodzenie w wolnej Polsce i żaden fotograf nie chciał jechać. To ja pojechałem.

I trafiłeś pod gmach opanowanej przez powstańców telewizji.

A tam właśnie snajper sił rządowych zastrzelił popularnego rumuńskiego aktora, który szedł odczytywać powstańcze wiadomości telewizyjne. Dostał kulą dum dum, która po napotkaniu oporu rozrywa się, czyniąc ogromne spustoszenie. Jemu urwała pół głowy.

Potem było jeszcze ostrzej, bo oprócz tego, że fotografowałeś śmierć, to śmierć próbowała dopaść także ciebie. Piszesz w swojej książce, jak leżałeś w czeczeńskich okopach, wokół wybuchały bomby, a ty przyrzekałeś sobie, że zajmiesz się innym rodzajem fotografii i nigdy nie wrócisz na wojnę. Wróciłeś. Dlaczego?

Kiedy strzelają, a ty nie możesz się ruszyć, w twojej głowie jest tyle emocji, że masz wszystkiego dość. Ale gdy później wracasz do domu i oglądasz wykonane zdjęcia, orientujesz się, że zrobiłeś bardzo ważny materiał opisujący tamte historie, więc dochodzisz do wniosku, że tam jest twoje miejsce i absolutnie będziesz to kontynuował. No dobrze, przydarzył się ten ostrzał, ale jak jest wojna to musi być niebezpiecznie.

Nie ma refleksji, że wyczerpałeś swój limit szczęścia? Bo przecież bomba w Czeczenii mogła upaść na ciebie, a czerwony khmer, który przystawiał ci pistolet do głowy w Kambodży, mógł wystrzelić.

Albo jestem wielkim optymistą, albo jestem kompletnie bezrefleksyjny, bo tego rodzaju refleksje nachodzą mnie tylko wtedy, gdy zdarza się ta konkretna sytuacja.

Uważasz się za szczęściarza?

Absolutnie tak. Wiele razy skręcałem w tę stronę, a nie inną i przydarzał mi się znakomity temat, a może gdybym skręcił w drugą, to już bym nie żył? Wyszedłem cało z naprawdę wielu opresji. Przed czerwonym khmerem był jeszcze pistolet przystawiony do głowy w Bośni, do której pojechałem z Marysią Wiernikowską. Zobaczyliśmy na poboczu drogi TIR-a zapakowanego wywożonymi do obozów koncentracyjnych Bośniakami. Tak jak u nas podczas II wojny światowej wywożono transporty do obozów koncentracyjnych pociągami, tak w Bośni wywożono ludzi TIR-ami. Ci ludzie siedzieli pod plandekami w upalnym słońcu. Wiedziałem, że jak podejdę do serbskich żołnierzy i poproszę o zrobienie zdjęcia, to natychmiast mnie przepędzą. Więc przebiegłem przez linię żołnierzy, wskoczyłem na pakę i błyskawicznie zrobiłem cztery czy pięć zdjęć. Nawet nie zdążyłem podnieść do oka aparatu, tylko naciskałem z biodra. A kiedy zeskoczyłem, miałem już przystawiony do głowy pistolet. Gdyby nie interwencja Marysi, to nie wiem, jakby się to potoczyło. Na szczęście, nie odebrali mi filmów.

Wszystkie wojny są złe, ale czy któreś z nich są gorsze?

Dla mnie szczególnie trudny był wyjazd do Konga, gdzie fotografowałem nie samą wojnę, lecz jej konsekwencje: umierających z głodu ludzi w obozach dla uchodźców. To byli członkowie plemienia Hutu z Rwandy, którzy najpierw dokonali tam rzezi ośmiuset tysięcy swoich rodaków z plemienia Tutsi, a kiedy zorientowali się, że nie unikną kary, uciekali 500 kilometrów przez dżunglę, by założyć w jej środku obozy, do których nie docierała prawie żadna pomoc. Fotografowałem tam skrajnie wychudzonych ludzi, o których wiadomo było, że nie przeżyją, jeśli natychmiast nie dotrze do nich pomoc humanitarna, a wiadomo było, że nie dotrze, bo nie ma którędy dotrzeć. Stamtąd pochodzi jedna z bardziej wstrząsających fotografii, jakie wykonałem: troje skrajnie wychudzonych ludzi siedzących na kartonie z emblematami ONZ.

Co dla fotografa wojennego jest najtrudniejsze?

Dla mnie zdecydowanie najtrudniejsze jest to, kiedy poznaję kogoś, spędzam z nim jakąś część swojego życia, a potem dowiaduję się, że ta osoba właśnie zginęła. Już jej nie ma, a przecież spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, jedliśmy i piliśmy. Pomiędzy fotografiami są tysiące międzyludzkich relacji. Stąd te opisywane w książce słoiki kawy, alkohol, marihuana. I nagle dowiadujesz się, że oni nie żyją.

Wielu ich było?

Trudno zliczyć. Tak było z moim i Pawła Smoleńskiego tłumaczem z Iraku, któremu tuż po naszym wyjeździe Al-Kaida poderżnęła gardło. Tak było ze słynnym afgańskim dowódcą Masudem, którego dwóch arabskich terrorystów podających się za dziennikarzy wysadziło za pomocą ładunku ukrytego w kamerze. Tak było z czeczeńskim przywódcą Basajewem, który zginął w wyniku eksplozji wypełnionego ładunkami wybuchowymi Kamaza, oraz innym czeczeńskim dowódcą Mashadowem, który wysadził się granatem w otoczonym przez Rosjan bunkrze. A ja pamiętam tembr ich głosu, jak byli ubrani, jak mnie przyjęli, jak rozmawiali. Teraz ich nie ma. I to jest największa trauma.
OFIARY 2
Nie większa od fotografowania ogromnych ilości trupów?

Kiedy fotografujesz ciała ludzi, z którymi nie miałeś wcześniej emocjonalnego kontaktu, to one nie walą tak po głowie. To są po prostu ciała.

Można się do nich przyzwyczaić, oswoić je w głowie?

To zawsze szokuje. Ale fotografowanie zabitych ludzi jest potrzebne. Wiele z takich fotografii nigdy nie powinno trafić do gazet, jak na przykład śmierć Waldka Milewicza, którą sfotografował jakiś miejscowy człowiek, a jeden z polskich tabloidów to puścił. Jednak moje niepublikowane w prasie zdjęcia były wykorzystywane do pisania prac naukowych lub do tworzenia dokumentacji wojen.

Jakich fotografii nigdy nie publikujesz?

Tych najbardziej drastycznych. Na przykład pierwszych ofiar wojny w Słowenii. To byli kierowcy TIR-ów, którzy zostali ostrzelani z pokładowych działek helikopterów. Najpierw fotografowałem ich ciała w kostnicy, a potem pojechałem sfotografować, stojące na drodze spalone wraki ciężarówek. Wiedziałem, że te zniszczone ciężarówki będą wystarczającym tematem, żeby opowiedzieć o śmierci tych ludzi bez epatowania wizerunkiem ich pooranych kulami ciał.
NA HACZYKU
Celem żołnierzy są także dziennikarze.

W coraz większym stopniu. Dziś fajnie jest zabić dziennikarza, tak jak Davida Pearla, którego porwano i ścięto w Pakistanie, dziennikarzy w Syrii, których siły rządowe namierzyły i zbombardowały budynek, w którym przebywali czy szwedzkiego operatora, którego Al-Kaida zastrzeliła w czasie wiecu w Somalii. My w latach 90. nie mieliśmy takich problemów. Mogliśmy spokojnie chodzić po ulicach Kabulu i nic nam nie groziło.

Zauważyłeś moment, kiedy dziennikarz stał się zwierzyną łowną?

Kiedy pojechaliśmy po raz trzeci do Czeczenii w 1997 roku, przydzielono nam do ochrony pięciu ludzi z karabinami. Pewnego dnia pojechaliśmy z naszymi ochroniarzami do knajpy w Groznym. Jeszcze nie zdążyliśmy niczego zamówić, kiedy za oknem przejechał wolno samochód z brodatymi mężczyznami. Gdy tylko zniknął, ochroniarze ogłosili natychmiastową ewakuację. To byli arabscy najemnicy, którzy do Czeczenii przyjeżdżają walczyć za darmo, a dorabiają sobie porwaniami.

Z powodu tego zagrożenia sypiałeś w hotelach w ubraniach?

To się wzięło stąd, że kiedyś spaliśmy w Czeczenii w hotelu, w który uderzyła bomba. Cały budynek się zatrząsł, wyleciały wszystkie szyby. W takiej chwili nie zastanawiasz się, czy jesteś ubrany czy nagi, po prostu zwiewasz. A jak wyskoczysz z pokoju, to drzwi samoczynnie się za tobą zamykają. Ja akurat zdążyłem się ubrać i jeszcze wziąć aparat, ale wtedy było na korytarzu mnóstwo roznegliżowanych lub po prostu nagich ludzi, którzy nie mogli wrócić do swoich pokoi. Pamiętam, jak Paweł Smoleński, z którym wtedy byłem, musiał w samych slipkach iść po rozbitym szkle do recepcji po zapasowy klucz. Jeżeli dopadnie cię ostrzał, lepiej nie tracić czasu na ubieranie.

Podczas pracy wyczuwasz chwilę, kiedy trzeba chować aparat i uciekać?

Ja mam ten problem, że w ogóle tego nie czuję, bo podczas pracy zupełnie się wyłączam. W pewnym momencie fotografowanie staje się czymś w rodzaju medytacji. Zostaję tylko ja i te historie. Bywało, że podczas robienia zdjęć miałem takie zawieszki, że Wojtek Jagielski, z którym wtedy podróżowałem, nie mógł ze mną złapać kontaktu. Musiał klepać mnie w ramię, żeby cokolwiek do mnie dotarło.

To chyba niebezpieczny nawyk u fotografa, który używa szerokokątnych obiektywów, co oznacza, że musi podchodzić blisko do fotografowanego obiektu?

Pewnie tak, ale ja nie czuję tego ryzyka. Pewnie jest w tym jakiś dziecięcy optymizm, głupota może nawet, ale nie mam w głowie tej świadomości. Skoro jednak żyję, to pewnie nie przekroczyłem tej granicy największego ryzyka.

Można odnieść wrażenie, że czasami do tego ryzyka wręcz siebie popychasz. Mam tu na myśli twoją mantrę…

„Miller, a ch…!” – tak sobie mówię, kiedy chcę zmusić siebie do działania. Zostało mi to jeszcze z czasów, kiedy byłem skoczkiem do wody. Gdy bałem się jakiegoś skoku, wypuszczałem powietrze, mówiłem sobie: „Miller, a ch…!” i rzucałem się w dół. Ten sam mechanizm zadziałał na wojnie. Na samym początku książki opisuję strzelaniną w Alei Rustawelego w Tbilisi podczas wojny w Gruzji. Mieliśmy przebiec przez ostrzeliwany odcinek alei. Problem polegał na tym, że człowiek, który miał mnie osłaniać, dawno już przebiegł, a ja zostałem sam. Tu strzelają, a ja tkwię po niewłaściwej stronie w idiotycznej, rzucającej się w oczy fioletowej puchówce. Idealny cel. Ale wiem, że przecież muszę przebiec. I wtedy mówię sobie: „Miller, a ch…!” i nagle przełamuję strach i biegnę. Wiem, że to głupie, ale wielu ludzi stosuje takie zaklęcia.

Na hasło „wojna” pojawia się w twojej głowie jakaś konkretna historia, obrazek, zdarzenie?

Zawsze to najpóźniejsze zdarzenie wypiera wcześniejsze. Wcześniej to była historia z Gruzji, kiedy podczas krwawego rozpędzania demonstracji przez przeciwników prezydenta Gamsachurdii zginęła na moich oczach bogu ducha winna babcia. Wydawało jej się, że skoro nie opowiada się po żadnej ze stron, to może bezpiecznie przejść obok, a tymczasem została zastrzelona w bezmyślnym akcie przemocy z bliskiej odległości. Potem to było leżenie w czeczeńskich okopach, kiedy wszędzie dokoła wybuchały bomby wysysające tlen z okolicy przez wypalający się proch.

Wojna pozostawia piętno?

Świetnie to widać w filmie „Hurt Locker”, w którym saper wracający z Afganistanu do amerykańskiej rzeczywistości nie potrafi odnaleźć się w supermarkecie, nie jest w stanie wybrać sobie produktu.

Też tak miałeś?

Po powrocie z wojen zaczynałem miewać mnóstwo zawieszek, które zaczynały mi przeszkadzać w codziennym życiu. Kopiowałem sytuacje z wojny. Chodziłem tylko bezpiecznymi ścieżkami, nie odbierałem telefonów, których nie znałem, miewałem napady depresyjnego strachu. W końcu musiałem położyć się na pół roku w klinice stresu bojowego, gdzie zdiagnozowano u mnie PTSD, czyli zespół stresu wojennego.

Wrócisz na wojnę?

Z jednej strony chcę już z tym skończyć, z drugiej rozmawiałem z Janką Ochojską, która powiedziała mi, że widzi mnie w konwoju humanitarnym do Syrii jako osobę dokumentującą pomoc humanitarną w tym kraju oraz skutki wojny w nim. Nie jest więc wykluczone, że niedługo obejrzysz moje zdjęcia z Syrii.

Nie boisz się, że powrócą demony wojny?

Uważam, że klina trzeba zapić klinem. A poza tym, co cię nie zabije, to cię wzmocni.

12 thoughts on “WOJNA strzelając do ludzi migawką ….

  1. czas zaczać podpalać domy i mieszkania naszych oprawców kazdy zna z okolicy kilku,we Francji by im to nie przeszło płazem to sa konkretne osoby .a zasłaniaja się mówiąc myśmy zrobili,zawsze jest to konkretna osoba lub kilka osób,oni też majacoś do stracenia

  2. skąd się biorą takie zdjęcia? otóż ci najbardziej znani i wzięci fotoreporterzy wynajmują tak zwanych ” murzynów” im już się nie chce i nie opłaca ryzykować w celu zdobywania rewelacyjnych fotek oni je po prostu kupują od „murzyna”

    za mniej więcej 50% wartości – ceny którą otrzymają – maja wyrobioną renomę nazwiska a tak naprawdę to około 70% fotek tych najbardziej znanych w branży to praca „murzynów”…

        1. ciekawe czy sobie rzeczywiscie dał spokoj, bo jesli to jakis agent to moze wroci, ale oby nie bo was dwóch klacych jak szewce (Ty i Dupek) a jeszcze dołaczył tamten – nie na moje nerwy 😉

          1. lepiej sobie po klnać i się wyluzować najbardziej niebezpieczni – serio- są ci co nigdy nie klną czyli werbalnie nie wyrzucaja stresu – z takich wywodzą się mordercy i inni okrutnicy

            TO DOWIEDZIONE MAŁO KIEDY OSOBY WYKRZYKUJĄCE STRES SĄ SKŁONNE DO PRZEMOCY – natomiast ci grzeczni uładzeni tak – to taka ich poza tłamszą wszystko w sobie latami a gdy poziom agresji w nich skumulowany eksploduje – wtedy dowiadujemy sie

            SPOKOJNY GRZECZNY WIERZĄCY – POĆWIARTOWAŁ WŁASNĄ ŻONĘ OTRUŁ DZIECI – UPSSS

            strzeż się spokojnych i grzecznych 80% morderców jest właśnie taka – DANE USA FBI !

            1. Sugerujesz, że zostanę morderczynią, bo nie klne? 😉 To wcale nie jest regułą. Są inne sposoby wyładowanie stresu, a i liczy się też umiejętność radzenia sobie z nim. Zreszta, nie mówię, że mi się to nie zdarza, ale staram się nie uzywać takich słów, bo się czuję mniej atrakcyjna jako kobieta, a lubię się podobać więc po co mam sobie językiem coś ujmować. W ogóle kobiety nie powinny klnąć, a mężczyźni niech klną w swoim gronie-to moje zdanie.

            2. Sa rozne kategorie.Terrorysci krzycza i potem morduja.Zestresowani ludzie zyciem codziennym nie wykrzykuja swoich intencji i morduja nieoczekiwanie w opinii otoczenia..Ci drudzy sa cisi, dlatego trudno, ze tak powiem ich namierzyc.Pierwsza grupa zapowiada i realizuje akcje, dlatego latwo jest przewidziec atak.Sa tacy, ktorzy wiedza, ze atak terrorystyczny nastapi, ale z jakichs przyczyn dopuszczaja do realizacji zbrodni.

              1. ZAPEWNIAM CIĘ ŻE NIE JEST TO TAKIE PROSTE – innaczej wiele blogów by zlikwidowano – okreslenie kto kim jest to zadanie dla specy z tej branży ANALITYKÓW -niechce mi sie pisać bo to długi wywód

    1. Obrzydzenie we mnie budza fotki ksiezniczek i celebrytow wszelkiej masci, ktore jada z ” murzynami ” fotografami robic sobie zdjecia w obszarach dotknietych kleskami lub wojnami albo z wychudzonymi dziecmi, po to aby sobie zrobic reklame i zebrac dla jakichs ciemnych fundacji ciezkie pieniadze od ludzi dobrej woli,dzieki ktorym medialni celebryci dobrze zyja.Po opublikowaniu zdjec i zgarnieciu duzych pieniedzy ulkowanych na kontach szwajcarskich celebryci wracja do swoich celebryckich zajec,a bieda i wojny trwaja i pochlaniaja tysiace ludzie.Za to ksiezniczkom i celebrytom podwyzsza sie ich wlasna samoocena i konta bankowe.

Wyraź swoją opinię ! TO WAŻNE !!

loading...
loading...
LIVE AKTYWNY KLIKNIJ ABY WYŚWIETLIĆ
TRANSMISJA ZAKOŃCZONA
%d bloggers like this: